Pisałam już, że wróciłam do mojej terapeutki i z tego powrotu bardzo się dziś cieszę.
Ilość bodźców – głównie bólowych – zaczyna powoli przerastać moje możliwości przemielania ich na bieżąco. Jedne bóle da się okiełznać. Innych nie, przynajmniej nie z użyciem bezpiecznej farmakologii, bez dokładania sobie kolejnego problemu do koszyka i bez robienia z organizmu pola testowego pod hasłem: sprawdźmy, co jeszcze wytrzyma.
Dlatego możliwość opowiadania o nich – i nie tylko o nich – osobie, która tą opowieścią jest poruszona, a nie wgnieciona w podłogę, daje mi ogromnie dużo na tu i teraz.
Bo to jest różnica.
Ogromna.
Człowiek czasem nie potrzebuje, żeby ktoś razem z nim wpadał do studni. Czasem potrzebuje kogoś, kto usiądzie przy tej studni, poświeci latarką, powie: widzę Cię, słyszę Cię, oddychaj. I nie zacznie od razu rzucać na dół własnego lęku, paniki, złotych rad ani moich ulubionych, betonowych kół ratunkowych z napisem „musisz być dzielna” czy „dasz radę”. W kampanii społecznej „Pamiętnik początku” Marianny Gierszewskiej, jedna z jej uczestniczek pięknie zresztą o tej dzielności mówiła „ja już nie chcę być dzielna. To dla mnie nie jest żadne osiągnięcie, że ja jestem dzielna”.
I w tych terapeutycznych okolicznościach przyrody, jak nigdzie, dzielna być nie muszę.
Ale wracając, nie mam chyba lepszego porównania dla kolejnego, ważnego dla mnie tematu, który ostatnio wypłynął na powierzchnię, niż właśnie te rozmowy z moją terapeutką.
Under your scars
Blizny.
Bo blizny w leczeniu onkologicznym mają dla mnie co najmniej dwa wymiary.
O jednym już było: PTSD, depresja, nerwica, lęk, przeciążenie, pamięć ciała, pamięć głowy, wszystko to, co nie zawsze widać, ale co potrafi boleć tak, jakby ktoś zostawił w środku elektrycznego pastucha podłączoną bezpośrednio do układu nerwowego. To właśnie takimi bliznami opiekuję się na wygodnym krześle terapeutycznym, zmywając je łzami, opatrując ciepłymi słowami i zaklejając wyrażonym bólem.
Ale mam też inne blizny.
Te widoczne gołym okiem.
Mniejsze – po wlewach bez portu.
Większe, głębokie i ciągle żywe – jak ta po operacji oszczędzającej pierś.
I jest jeszcze ta po porcie, która po ostatnim wlewie przypomniała o sobie bardzo dosłownie. Teoretycznie dobrze wygojona, spokojna, odhaczona do rutynowej pielęgnacji blizny, nagle „powstała z martwych”, zaciągając się kolorem żywej krwi.
I tu dochodzę do rzeczy, którą chyba warto powiedzieć głośno: temat blizn nie kończy się ani po zdjęciu szwów, ani po ostatnim wlewie, ani nawet wtedy, gdy miesiące po operacji zostaje tylko blada kreska.
Blizna ma swój czas.
Swoją mechanikę.
Swoją biologię.
I swoją pamięć.
Nie ma znaczenia, czy mówimy o koronkowej, plastycznej robótce ręcznej mojej chirurg onkolożki, czy o „drabince” portowej, której Panowie – tak usłyszałam – powinni się już oduczyć. Mi ta drabinka nie przeszkadza. Ponoć nie jest to szczyt możliwości dzisiejszej chirurgii plastycznej, ale na szczęście nie jest to też żaden pijany Picasso, więc nie zwracam na nią większej uwagi.
Dopóki zmianą koloru blizna nie przypomni mi, że jednak jest trochę jak ogr.
A ogry, jak wiadomo, są jak cebula.
Mają warstwy.
Moje blizny też.
Prolog
Do operacji weszłam przygotowana.
Miesiąc prehabilitacji, ruch, praca z ciałem, pielęgnacja, dieta, suplementacja dobrana do mnie, białko zabezpieczone na poziomie około 1,5 g na kilogram masy ciała. I wiem, że to nie brzmi jak scena z filmu. Bardziej jak nudny akapit z zaleceń. Ale w takich nudnych akapitach często siedzi sens.

Prehabilitacja nie daje gwarancji, że wszystko pójdzie idealnie. Dieta nie jest magiczną tarczą. Białko nie jest różdżką. Ale to jest lepszy start.
A lepszy start w leczeniu onkologicznym biorę w ciemno.
Dlatego u mnie początek był wręcz podręcznikowy. Bez drenu po wyjściu ze szpitala. Bez obrzęku. Bez problemów z ruchomością ręki. Blizna goiła się naprawdę pięknie. Ręka działała. Zakres był. Ciało, jak na ciało po operacji onkologicznej, zachowywało się wzorowo.
I ja, oczywiście, pomyślałam: no, to mamy załatwione.
Spoiler: nie mieliśmy.
Bo dobry początek nie skraca biologii do długości mojej cierpliwości.
Blizny są jak ogry…
Nie jestem żadnym specem od malarstwa. Od tego jest Marta, która potrafi patrzeć na obraz tak, że nagle człowiek widzi w nim nie tylko kolor i postać, ale też napięcie, cień, światło, niedopowiedzenie i wszystkie te rzeczy, które wcześniej niby były przed oczami, a jednak jakoś ich nie było.
Ja po prostu zaczynam ostatnio kochać też obrazy.
Dlatego niedawno nabyłam kopię obrazu, który od lat chwytał mnie za serce. Nie dlatego, że umiem go rozebrać na szkoły, nurty i techniki. Raczej dlatego, że coś we mnie na niego odpowiada. I z blizną mam trochę podobnie. Patrzę na nią i widzę kreskę, kolor, kształt, ale wiem, że to tylko powierzchnia. Pod spodem jest dużo więcej.

Trochę jak koronka, ale nie taka z romantycznej szuflady babci, tylko taka, którą ktoś musiał zrobić po to, żeby ciało dało się złożyć z powrotem. Z całą tą biologiczną cierpliwością, której ja nie mam, ale moje ciało najwyraźniej musi się jej nauczyć za nas oboje.
02.04 miałam operację, a dopiero teraz zaczynam odczuwać ból w głębszych warstwach. Nie taki powierzchowny, gdy skóra jest napięta i ciągnie. Tego zresztą też nie miałam za wiele w obstawie duetu CICA-TEX. Bardziej taki, jakby ciało przypominało mi, że chirurg wszedł w elementy konstrukcyjne, których na co dzień nie widzimy i nie wiemy, że tam są, dopóki ktoś ich nie naruszy.
To trochę jak z remontem mieszkania. Ktoś wyniósł gruz, zamknął drzwi i z zewnątrz wygląda, że sprawa załatwiona. A w środku nadal schną tynki, ktoś poprawia instalację, podłoga pracuje, ściana pęka w jednym miejscu, a sąsiad z góry twierdzi, że to normalne, bo budynek jeszcze siada.
Moja blizna też jeszcze „siada”.
Tylko że siada w ciele.
Bo blizna to nie rzecz jak kanapa, to proces budowania domu z salonem, w którym ta kanapa stanie.
I ten proces trwa miesiącami.
Często około 12-18 miesięcy, czasem dłużej.
Na początku kolagen bywa układany szybko, trochę jak prowizoryczne rusztowanie po pożarze. Ma zabezpieczyć miejsce, zamknąć temat, utrzymać ciągłość. Dopiero później ciało zaczyna porządkować tę konstrukcję. Włókna kolagenowe przebudowują się, tkanka zmienia twardość, elastyczność, kolor, unaczynienie, wrażliwość. Blizna może być okresowo bardziej czerwona, twardsza, napięta, swędząca, bolesna, nadwrażliwa albo przeciwnie – dziwnie odrętwiała.
I to mnie czasem jeszcze zaskakuje, gdy chemo-brain zrobi swoje.
Nie dlatego, że nie wiem, że operacja była głęboka.
Wiem.
Tylko wiedzieć coś w głowie, a poczuć to w ciele, to są jednak dwie różne książki z tej samej biblioteki.
Blizna płytka i blizna głęboka to nie ta sama opowieść
Blizna po małym wkłuciu, po wenflonie, po powierzchownym nacięciu, po czymś, co dotyczy głównie skóry, może być irytująca, widoczna, czasem twarda, czasem przebarwiona, ale jednak jest bliżej powierzchni. Łatwiej ją zobaczyć. Łatwiej zrozumieć, gdzie się zaczyna i kończy. Łatwiej uwierzyć, że pracujemy z tym, co pod palcem.
Blizna po operacji oszczędzającej pierś to inna historia.
Tu nie chodzi tylko o skórę. Tu chirurg wszedł w tkanki głębiej, usunął zmianę, naruszył architekturę piersi, a do tego była pacha i węzły wartownicze. To oznacza, że blizna zewnętrzna jest tylko okładką książki. W środku są rozdziały o tkance podskórnej, powięzi, naczyniach, nerwach, układzie chłonnym, zrostach, przesuwalności tkanek, ruchomości barku, łopatce, oddechu i całej mechanice, która nagle musi nauczyć się działać po nowemu.
I właśnie dlatego ból może pojawić się później.
Może być głębszy.
Może być bardziej rozlany.
Może odzywać się przy ruchu, po wlewie, po przeciążeniu, po spaniu w dziwnej pozycji, po dniu, w którym człowiek niby nic wielkiego nie zrobił, a ciało jednak uznało, że zrobił za dużo. Wiem, bo poczułam.
Tu jest bardzo ważna granica: ból nie zawsze wymaga interwencji, ale jeśli narasta, pojawia się obrzęk, zaczerwienienie, ucieplenie, sączenie, pęknięcie, gorączka, nagła zmiana wyglądu, wyraźne pogorszenie ruchomości albo coś, co po prostu uruchamia w środku alarm, to nie robimy z tego opowieści pod tytułem „blizna pracuje”. Kontaktujemy się z zespołem medycznym.
Rozumieć proces – tak.
Ignorować sygnały alarmowe – nie.
Praca z blizną to nie walka z potworem
Praca z blizną nie polega na tym, żeby ją rozgnieść, rozmasować na siłę, rozciągnąć jak gumę oporową i udowodnić jej, kto tu rządzi.
To nie jest pojedynek.
To jest ręczna robota.
Cierpliwa.
Warstwowa.
Trochę jak szydełkowanie, którego ja może nie wykonuję i na pewno nie powinnam!, ale bardzo szanuję samą ideę: oczko po oczku, ruch po ruchu, napięcie nici ma znaczenie, za mocno – źle, za luźno – też nie tak. Nie da się zrobić dobrej koronki w trybie „szarpnę i będzie”. Z blizną jest podobnie.

Pierwszy etap to ochrona gojenia. Rana ma się zamknąć, ma być sucha, spokojna, bez sączenia, bez rozejścia, bez infekcji. Na tym etapie nie udajemy bohaterki rehabilitacji. Ruszamy tyle, ile zalecono. Oddychamy. Ustawiamy bark. Dbamy o delikatny zakres. Nie zamrażamy ręki ze strachu, ale też nie ciągniemy tkanek jak na treningu, bo „przecież jestem wysportowana”.
Potem przychodzi etap odzyskiwania ruchomości. Tu zaczyna się cała mapa: ręka, bark, łopatka, pacha, klatka piersiowa, żebra, oddech. Bo blizna po piersi i pacha nie są samotnymi wyspami. Jeśli zaczynam oszczędzać stronę operowaną, unosić bark, skracać oddech, zmieniać ustawienie łopatki, to ciało zaczyna robić kompensacje. A kompensacje są jak długi u szemranego lichwiarza. Na początku pomagają przeżyć, a potem przychodzą po odsetki.
Dopiero kiedy rana jest całkowicie zamknięta i sucha, można zaczynać pracę bezpośrednio z blizną, najlepiej po instruktażu fizjoterapeuty albo zgodzie zespołu. Najpierw delikatny dotyk, oswajanie, odwrażliwianie. Potem lekkie przesuwanie skóry względem tkanek pod spodem. Potem praca w różnych kierunkach, małe ruchy, obserwacja reakcji, stopniowe zwiększanie intensywności.
Nie od razu głęboka orka.
Nie od razu „naprawiamy wszystko w jeden wieczór”.
Blizna lubi regularność bardziej niż przemoc.
Kilka minut mądrej pracy codziennie może znaczyć więcej niż jedna sesja pod tytułem „rozjechałam to jak walec, więc musi działać”.

Dzień dobry Potworku
Blizna może wyglądać świetnie miesiąc po operacji i nadal mieć przed sobą wiele miesięcy przebudowy.
Może zmieniać kolor.
Może być twardsza.
Może ciągnąć.
Może swędzieć.
Może okresowo bardziej dawać o sobie znać.
Może przypominać o sobie głęboko, tam gdzie oko już nic nie widzi, ale ciało nadal pamięta.
Jest częścią procesu leczenia i reaguje też na wszystko co się z nim dzieje. Zupełnie inaczej pracuje blizna po operacji, kiedy w kolejnych etapach na ciało nie czeka już żadne wyzwanie, a zupełnie inaczej w ciele, które zaraz po operacji leci przebiec maraton chemioterapii podzielony na 16 odcinków specjalnych. A potem jeszcze zaliczy lampki radioterapii. I w leczeniu często trudno mi zerkać na każda z blizn jak na piękne, symboliczne pamiątki, które „opowiadają moją historię”, bo częściej po prostu bolą, ciągną, przeszkadzają, straszą i przypominają o czymś, o czym człowiek wolałby przez chwilę zapomnieć. Ale nie są też tylko uszkodzeniem.
Są śladem naprawy.
Nie idealnej.
Nie natychmiastowej.
Bardziej jak u ogra.
Warstwa po warstwie.
I może właśnie dlatego „Dzień dobry Potworku” pasuje mi tu bardziej niż elegancka metafora z poradnika „Jak ukryć bliznę w 5 krokach”. Bo moje blizny nie są na tu i teraz ani zakończonym procesem, ani jedną opowieścią, ani tym bardziej estetycznym straszydłem, które chcę schować przed światem. Są trochę potworkami, a każda ma swoją historię i swoją drogę w moim ciele. Oswojonymi, ale nie do końca przewidywalnymi. Czasem grzecznymi. Czasem ciągnącymi za rękaw.

Magdalena Lachawczak – Biadalska