Za mną bardzo intensywny tydzień.
Co ciekawe, tydzień, w którym wróciłam do stylu „jaskiniowiec”. Nie w wersji: ognisko, skóry, malowidła naskalne i pierwotna mądrość płynąca z kontemplacji własnej groty, tylko raczej w wersji: komputer, herbata, koc, kamera, mikrofon i wewnętrzne pytanie, czy ja jeszcze pracuję zdalnie, czy już zostałam domowym eksponatem z epoki „proszę nie kaszleć w moją stronę, bo moje neutrofile mają dziś wolne”.
Piękne okoliczności przyrody, czyli sezon kaszlowo-kichający w pełnej krasie, sprawiły, że musiałam wyjść po angielsku ze środowiska potencjalnie wirusowego i wrócić do stylu pracy, jaki uprawiałam, zanim dołączyłam do mojego teamu. Przez pięć lat pracowałam na swoim, głównie zdalnie, bo taka branża. Komputer, kawa, kampania, analiza, klient, korekta, znowu kawa, a potem człowiek idzie do kuchni i odkrywa, że jedyną istotą, która nie oczekuje od niego linku do spotkania, jest lodówka, a i ona czasem patrzy oskarżycielsko, bo znowu ktoś zostawił w niej pół cytryny w stanie biologicznej zadumy.
I przez jakiś czas to było bardzo dobre i bardzo mi potrzebne.
Ale właśnie potrzeba pobycia z ludźmi sprawiła, że chciałam na nowo poczuć klimat biurowy. Nie dlatego, że nagle zatęskniłam za open space’em jak bohaterka taniego romansu za mężczyzną w płaszczu, tylko dlatego, że zatęskniłam za tym, czego nie da się w pełni odtworzyć przez kamerkę: za przerwą w kuchni, za rozmową o wszystkim i niczym, za czyimś śmiechem zza biurka, za tym krótkim „jak tam?”, które czasem znaczy więcej niż cały status na Teamsach, i za możliwością skonfrontowania tego, czy ja się jeszcze do ludzi nadaję.
Nadaję się.
Ale!
Do tych ludzi.
I dlatego fakt, że chwilowo musiałam znowu przejść na kawy online, w żaden sposób mnie nie cieszy. Jest konieczny. Jest mądry na tu i teraz. Ja to wiem, a jak wiem, to nie udaję, że nie wiem. Ale nie będę też udawać, że moje wewnętrzne, stadne zwierzę, siedzi w jaskini i klaszcze uszami z zachwytu, bo znowu może udawać Batmana w grocie, tylko bez peleryny, bez Alfreda i bez budżetu Wayne Enterprises.
A więc socjalizacja została ograniczona do rzeczy, które są naprawdę ważne.
I uwaga – mogą się nie powtórzyć.
Do takich rzeczy należał dla mnie udział w pierwszym spotkaniu onkoedukatorów organizowanym przez DCOPiH. Dołączyłyśmy z Anią do tego projektu dzięki udziałowi w podcaście „Porozmawiajmy onkologicznie” i już teraz, jeszcze na gorąco, układam sobie w głowie, jakie to mi było potrzebne. Żeby wrócić na ziemię. Żeby trochę się ocknąć. Żeby wyjść na chwilę z własnego portu, własnych wyników, własnego „czy dziś bardziej boli ciało, głowa, skóra czy godność osobista”, i zobaczyć większy obraz.
Bo spotkanie ze statystykami w takiej skondensowanej wersji było trochę jak zderzenie z asteroidą.
Niby człowiek wiedział, że kosmos istnieje, że coś tam lata, że Bruce Willis kiedyś ratował świat w „Armageddonie”, a potem nagle ta asteroida nie jest już filmowym efektem specjalnym, tylko leci centralnie w twoje myślenie, a ty stoisz z kubkiem kawy i myślisz: no pięknie, czyli jednak trzeba było czytać instrukcję ewakuacji.
To był też kubeł zimnej wody.
Taki porządny, bez uprzedzenia, nie „delikatna mgiełka edukacyjna”, tylko cała wiadra rzeczywistości na głowę. Niby wiedziałam. Niby przecież siedzę w tym temacie, pracuję przy onko.life, pytam, czytam, rozmawiam, słucham lekarzy, wiem więcej niż kiedyś. Ale wiedzieć coś w rozproszonych kawałkach, a dostać to w pigułce o gorzkim smaku „rzeczywistość”, to jednak są dwie różne konkurencje olimpijskie.
I właśnie dlatego to spotkanie było mi potrzebne. Żeby skonfrontować się z właściwie opracowaną wiedzą i wyposażyć w dane, a nie domysły, internetowe słuchy, newsy z chińskiej linii taśmowej, na której raz powstają cuda, a raz rzeczy, które rozsypują się jeszcze zanim weźmiesz je do ręki.
Bo ja nie jestem onkologiem.
Nie jestem lekarzem.
Nie jestem dietetykiem, radioterapeutą ani nawet odsądzanym od czci i wiary lekarzem POZ.
Jestem politologiem uprawiającym SEM. Trochę samozwańczo, trochę korzystając ze swoich wrodzonych i nabytych zasobów, trochę dlatego, że uznałam, że to mnie ciągnie i pasjonuje, więc zobaczymy, czy w tej relacji ogień będzie z obu stron. A że to branże na pożarach zbudowane, to oooo panie. Czasem można się poparzyć od samego żaru i żaden, nawet najlepszy dermoprotektor, jak GY-TEX nie pomoże.
Ale do rzeczy.
Czasem odbieram dziwny komunikat, który do tej pory raczej mnie bawił: „Jak się rozchoruję na raka, to przyjdę do Ciebie, bo wiesz więcej niż lekarze”.
Nie.
Nie wiem.
Ja korzystam z ich wiedzy.
I pytam, bo coś tam wiem.
I nauczyłam się w życiu, że jednym z najodważniejszych zdań, jakie można wypowiedzieć, jest: nie wiem.
Tylko żeby dojść do tego etapu, trzeba wyjść ze swojej nieomylnej głowy i uświadomić sobie nie tylko to, co się wie, ale też ogrom tego, czego się nie wie. A to boli, bo głowa lubi mieć rację. Głowa lubi domykać. Głowa lubi proste historie. Głowa lubi znaleźć winnego, cud, sekret, ukrytą prawdę, wielkie „oni nie chcą, żebyście wiedzieli”, albo przeciwnie – święty spokój pod tytułem „mnie to nie dotyczy”.
Tylko że onkologia nie jest dobrą przestrzenią dla prostych historii.

Więc tak, zapraszam wszystkich chętnych w tym momencie do mnie. Nie wyleczę. Ale odeślę do właściwych placówek – bardzo chętnie. Jeśli ktoś będzie miał ochotę stchórzyć, to nawet, jeśli to pomoże, zawiozę i potrzymam za rękę tak mocno, żeby nie uciekł.
Ale nie będę udawać, że jestem lekarzem.

Kto dziś przegrywa profilaktykę? My.
Spotkanie w ramach przygotowania merytorycznego onkoedukatorów uświadomiło mi jeszcze mocniej coś bardzo ważnego. Że ludzie faktycznie – w wymiarze makro, jako Polacy – są mocno podzieleni według stanu świadomości i wiedzy. Że rzeczy, które dla nas, osób związanych z tematem onkologii, brzmią dziś jak fundament, jeszcze jakiś czas temu dla wielu z nas też nim nie były. Że to często nie wiedza, a niewiedza tworzy dziś profilaktykę. A właściwie jej brak.
Bo w naszym systemie coś bardzo mocno poszło nie tak z edukacją zdrowotną i profilaktyką onkologiczną. Niewiedza stoi dziś na fałszywych przesłankach, informacjach z social mediów, na „dr Google powiedział”, na manipulacji pojedynczymi tabelkami ze stustronicowych opracowań naukowych, na dowolnej interpretacji i na tym cudownym ludzkim talencie do budowania tezy, a potem szukania pod nią dowodów.
Coś w stylu: dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie.
W onkologii też tak jest.
Można stworzyć dowolną tezę, pogadać trochę z chatem, przesunąć lekko kąt patrzenia i eureka: wszyscy idą po kapsaicynę, sulforafan albo likopen, bo działa. To nic, że w komórce. To nic, że w modelu zwierzęcym. To nic, że u jednego pacjenta. To nic, że ten pacjent przyjmował też leczenie systemowe. To nic, że badanie nie odpowiada na pytanie, na które ktoś udaje, że odpowiada.
Ale kto pytał?
Likopen leczy raka.
Koniec.
Tylko że nauka tak nie mówi.
Nauka nie wpada przez okno jak Batman i nie załatwia sprawy jednym ciosem w szczękę. Nauka nie rzuca młotem jak Thor w każdą wątpliwość. Nauka nie pstryka palcami jak Thanos, żeby wymazać połowę ryzyka z populacji. Nauka mówi dużo mniej filmowo. Czasem nudno. Czasem niewygodnie. Często mówi: to zależy. Mówi: potrzeba dalszych badań. Mówi: efekt obserwowany w komórkach nie oznacza skuteczności klinicznej. Mówi: korelacja to nie przyczynowość. Mówi: jeden przypadek to nie protokół leczenia. Mówi: nie wiemy.
I właśnie dlatego tak często przegrywa z prostą obietnicą.
Bo prosta obietnica jest jak refren, który wpada w ucho po pierwszym przesłuchaniu.
A nauka bywa jak jazz.
Trzeba usiąść, posłuchać, zgodzić się na pauzę, dysonans i to, że nie wszystko da się od razu zanucić pod nosem.
W głowie się nie mieści. Dosłownie!
I kiedy wracałam po tym spotkaniu, z głową pełną liczb, zdań, wykresów i tego specyficznego ciężaru, który pojawia się wtedy, kiedy wiedza przestaje być ciekawostką, a zaczyna być odpowiedzialnością, zaczęłam się zastanawiać, gdzie ja mam to sobie w ogóle poukładać.
Nie w notatkach.
Nie w folderze.
Nie w dokumencie na dysku.
Tylko w sobie.
I wtedy w mojej głowie kokpit przejął smutek.
Smutek wszedł, usiadł i zrobił to, co smutek robi najlepiej: nie zaczął krzyczeć, nie robił prezentacji w Canvie, nie wyciągnął laserowego wskaźnika, tylko po prostu puścił łzy tam, gdzie było za dużo napięcia.
Bo smutek czasem nie jest po to, żeby zatrzymać.
Smutek łzami toruje i czyści drogę złości.
A złość może potem tą drogą ruszyć do działania.
I ja ze złością się akurat bardzo przyjaźnię, bo złość daje mi bodziec. To nie jest u mnie złość od rzucania krzesłami jak w najgorszym programie z popołudniowej telewizji. To jest bardziej moja wewnętrzna Wonder Woman, która bierze tarczę, poprawia włosy (muszę chyba updatować to wyobrażenie?), patrzy na pole bitwy i mówi: dobra, gdzie trzeba wejść?
Smutek przypomniał mi, że jednak żyję trochę w swojej bańce.
Nie złej. Nie odklejonej. Raczej w bańce ludzi, którzy już wiedzą, że można pytać, że można sprawdzać, że można iść do lekarza nie po wyrok, tylko po informację, że można mieć wynik i nie odpalać od razu pielgrzymki po internetowych forach, że można powiedzieć „nie wiem” i świat się od tego nie rozpadnie jak dekoracja z kartonu.
A wielu ludzi nie wie.
I wielu ludzi nawet nie wie, że nie wie i że może wiedzieć.
W moim leczeniu mam ogrom siły sprawczej i biorę ją w swoje ręce. Nie walczę z lęku, choć oczywiście, że czasem się boję. Nie uciekam. Nie zamrażam się. Fakt, że dawno pożegnałam łzy na końcu nosa na zawołanie, nie oznacza, że nic mnie nie rusza. Oznacza raczej, że mój smutek, żal i rozpacz mają już swoje miejsce. Umiem nimi zarządzać. Dlatego nie rozbrajają mnie na środku ulicy, w kolejce, w pociągu, między jednym komunikatem a drugim.
Ale są.
A droga smutku wobec tego, jak wygląda profilaktyka pierwotna w nowotworach, bardzo szybko prowadzi do złości.
I dobrze.
Bo udział w onkoedukatorze trochę mnie rozbudził z marazmu jaskiniowca. Poczułam świeżą krew i wiatr prosto w plecy. Jakby ktoś otworzył okno w grocie i powiedział: rozumiem, że chwilowo chowasz się przed kaszlącym światem, ale nie zapominaj, że Ty jednak umiesz wychodzić.
I że czasem trzeba.
Profilaktyka pierwotna, czyli zanim silnik zacznie dymić
Bo mamy co robić.
Bardzo dużo.
Profilaktyka pierwotna to ta część profilaktyki, która ma zmniejszać ryzyko zachorowania zanim choroba w ogóle się pojawi. Czyli nie gaszenie pożaru wtedy, kiedy już płonie pół kuchni, tylko sprawdzenie, czy naprawdę trzeba było trzymać ścierkę na palniku, instalację elektryczną na słowo honoru i benzynę obok tostera.
To jest ta część zdrowia, która brzmi najmniej spektakularnie, bo nie ma dramatycznej muzyki, kroplówki, wyniku z czerwonym wykrzyknikiem ani sceny, w której lekarz mówi coś bardzo poważnym tonem. To jest nudne „nie pal”, „ruszaj się”, „jedz sensowniej”, „nie rób z alkoholu osobowości”, „chroń skórę przed UV”, „badaj się wtedy, kiedy trzeba”.
Nudne?
Może.
Ale silnik też zwykle nie wybucha dlatego, że jednego dnia zabrakło mu poezji. Silnik siada, bo coś przez dłuższy czas było ignorowane. Olej nie ten. Kontrolka świeciła, ale przecież „jeszcze jedzie”. Coś stukało, ale radio dało się zrobić głośniej. Jedna część nie działała, druga kompensowała, trzecia udawała, że jest dobrze, aż w końcu cała machina mówi: dziękuję, ja wysiadam.
I w leczeniu onkologicznym człowiek bardzo szybko rozumie, że ciało to jest machina z wieloma elementami. Brak jednego może uszkodzić cały silnik. Neutrofile, hemoglobina, płytki, wątroba, nerki, serce, śluzówki, skóra, sen, jedzenie, nawodnienie, leki, terminy, infekcje, port, głowa – to wszystko musi ze sobą współpracować. Nie ma jednego superbohatera, który sam niesie cały film. To nie jest solo Iron Mana. To jest drużyna. Czasem bardziej Avengersi, czasem Liga Sprawiedliwości po nieprzespanej nocy, ale nadal drużyna.
I dokładnie tak samo jest z profilaktyką.
To nie jest jeden pomidor, jeden spacer, jedna cytologia i jedna heroiczna decyzja, po której w tle leci „Eye of the Tiger”, a ty wychodzisz z warzywniaka w slow motion jak wojowniczka zdrowia. To są setki małych elementów, które razem wpływają na całą machinę.
A teraz najgorsza część.
My wcale, jako społeczeństwo, nie jesteśmy w tym świetni.
Według danych OECD z profilu zdrowia Polski około 40% dorosłych w Polsce nie ma wystarczającej aktywności fizycznej. Czyli czterech na dziesięciu dorosłych nie rusza się tyle, ile trzeba, żeby ciało nie czuło się jak sprzęt odstawiony do piwnicy „na później”. W tym samym zestawieniu dzienne palenie w Polsce dotyczyło 17,1% dorosłych, a spożycie alkoholu było wyższe niż średnia OECD i wynosiło około 10 litrów czystego alkoholu na osobę rocznie. CBOS w najnowszym komunikacie o postawach wobec alkoholu podaje, że 73% dorosłych Polaków deklaruje, że zdarza im się spożywać alkohol, a 43% pijących deklaruje picie bez okazji – po prostu wtedy, kiedy mają na to ochotę.
Do tego dochodzi jedzenie. W polskich analizach stylu życia widać bardzo nieprzyjemny obrazek: w jednym z opracowań dotyczących czynników ryzyka u dorosłych w Polsce wskazano, że około 67% badanych jadło za mało warzyw i owoców, podobny odsetek sięgał po niezdrowe produkty w diecie, a 47% nie podejmowało aktywności fizycznej w czasie wolnym.
Czyli to nie jest tak, że profilaktyka pierwotna leży, bo ludzie masowo przeczytali wytyczne, rozważyli za i przeciw, zrobili debatę jak w Parlamencie Europejskim, po czym świadomie powiedzieli: dziękuję, wybieram inaczej.
Nie.
Ona często leży, bo ludzie nie znają podstawowych zasad, nie rozumieją skali wpływu, nie wiedzą, które rzeczy są naprawdę ważne, a które są tylko brokatem dosypanym do lęku. Bo łatwiej uwierzyć w kapsułkę z obietnicą niż w nudne „idź na spacer”. Łatwiej udostępnić rolkę o cudownym związku z brokuła niż zbudować nawyk jedzenia warzyw. Łatwiej powiedzieć „u mnie w rodzinie wszyscy na coś umierali” niż zapytać, co dziś mogę zrobić, żeby nie dokładać swojemu ciału kolejnych cegieł do tego muru.
Masz wpływ. Nie boski, ale realny

Nie chodzi o to, że jak będziesz jeść pomidory, chodzić na spacery i spać jak aniołek w katalogu z pościelą, to rak powie: przepraszam, pomyliłem adres.
Nie powie.
Ja jestem żywym, łysym, portowym dowodem na to, że można robić wiele rzeczy dobrze i zachorować.
Ale to, że nie masz stuprocentowej kontroli, nie znaczy, że nie masz wpływu.
WHO podaje, że około 30 – 50% przypadków nowotworów można zapobiegać przez unikanie czynników ryzyka i strategie oparte na dowodach. Dla porównania, odziedziczone szkodliwe zmiany genetyczne odpowiadają według NCI za około 5-10% wszystkich nowotworów. I to jest dla mnie moment, w którym ktoś powinien zatrzymać muzykę, zapalić światło i powiedzieć: halo, czy my naprawdę rozumiemy, co tu się właśnie wydarzyło?
Bo my bardzo lubimy mówić o genach.
O babci.
O tym, że „u nas w rodzinie”.
O tym, że „jak ma być, to będzie”.
Tylko że babci nie zmienisz.
Na geny wstecznie nie klikniesz „edytuj”.
Nie wejdziesz do drzewa genealogicznego jak do dokumentu Google i nie poprawisz komentarza „rak jelita, 1978”.
Ale możesz dziś wybrać, co kładziesz na kanapkę.
Możesz zdecydować, czy do sklepu jedziesz autem, czy idziesz spacerem.
Możesz sprawdzić, czy alkohol jest u Ciebie wyjątkiem, rytuałem, znieczuleniem czy stałym elementem tygodnia.
Możesz przestać palić albo zacząć o tym realnie rozmawiać z kimś, kto wie, jak pomóc.
Możesz pójść na badanie.
Możesz nie robić ze słońca solarium z abonamentem.
Możesz nie czekać, aż kontrolka zacznie świecić na czerwono i do tego śmierdzieć spalenizną.
Masz wpływ.
Nie boski.
Masz wpływ ludzki.
Codzienny.
Męczący.
Nudny.
Ale realny.
No patrz, taka z siłownią i dietą, a dostała raka
I przypomina mi się co najmniej parę rozmów, które tu mogę rozłożyć na czynniki pierwsze.
„No patrz, Ty taka zumbowa, na siłowni, z dietą, z sauną, z suplementami i dostałaś raka, to po co ja mam coś zmieniać?”
No właśnie dlatego.
Bo ja taka „na siłowni, z dietą i suplami” jestem od paru lat.
A mam 42 lata.
Czyli jeśli dobrze policzyć, to na swoje ryzyko pracowałam sobie przez 37 lat, a jak odjąć pierwsze 18, które zrzucę na dom rodzinny, system, szkołę przetrwania i czasy, kiedy nikt mnie nie pytał, czy wolę pomidora czy tanią szynkę, to zostaje mi 19 lat dorosłych wyborów.
Dziewiętnaście lat kanapek.
Dziewiętnaście lat imprez.
Dziewiętnaście lat palenia.
Dziewiętnaście lat przekąsek.
Dziewiętnaście lat „od poniedziałku”.
Dziewiętnaście lat „przecież nic się nie dzieje”.
Dziewiętnaście lat pojedynczych decyzji, które same w sobie nie wyglądały jak dramat. Bo jedna kanapka to nie dramat. Jedna impreza to nie dramat. Jeden papieros w opowieści towarzyskiej to nie dramat. Jeden miesiąc bez ruchu to nie dramat. Jedno „jakoś to będzie” to nie dramat.
Ale jeden procent do jednego procenta.
Rok po roku.
I nagle okazuje się, że ciało prowadziło księgowość, tylko ja nie zaglądałam do faktur.
Te ostatnie pięć lat, w których nauczyłam się więcej o jedzeniu, ruchu, regeneracji, suplementacji, wynikach i własnym ciele, nie jest gumką do mazania. Nie wyciera wszystkiego, co było wcześniej. To nie jest peleryna Supermana, którą zarzucasz na przeszłość i ona grzecznie przestaje istnieć. To raczej moment, w którym w końcu zaczęłam czytać instrukcję obsługi maszyny, którą wcześniej prowadziłam trochę na słuch, trochę na intuicję, a trochę metodą: jak jedzie, to znaczy, że działa.
I to jest mnóstwo pojedynczych wyborów bez świadomości, że mogłabym zdecydować inaczej, gdybym wtedy wiedziała.
Naprawdę moja droga i mój konik to onkodermatologia. Skóra w leczeniu. Śluzówki. Blizny. Radioterapia. Chemia. To, co dzieje się z ciałem, kiedy leczenie ratuje życie, ale zostawia na skórze przypisy, gwiazdki i czasem całe aneksy drobnym drukiem.
Ale.
Dorzucę swój kamyk do tego, żeby pacjentów i pacjentek z problemami skórnymi było mniej.
Bo mniej nowotworów to mniej operacji.
Mniej chemii.
Mniej radioterapii.
Mniej portów.
Mniej blizn.
Mniej neuropatii.
Mniej ludzi, którzy muszą uczyć się, jak smakuje leczenie systemowe i jak bardzo można jednocześnie marznąć, pocić się, bać i udawać, że ogarnia się życie.
Jak wytresować Szczerbatka i nie dostać po łapkach?
Ja chyba jestem trochę takim Szczerbatkiem.
Niby dzika. Niby z zębami. Niby ostrożna. Niby nie do każdego podejdę, nie każdemu pozwolę się pogłaskać po głowie i nie każdego wpuszczę za blisko. Ale jak już zaufam, jak już zmięknę, jak już poczuję, że ktoś nie chce mnie tresować siłą, tylko naprawdę oswoić, to chłonę nie tylko uszami i oczami, ale całą sobą.
I trochę tak jest z profilaktyką.

Bo dla wielu osób ona brzmi jak lista zakazów, którą ktoś im wciska do ręki w najgorszym możliwym momencie: nie pal, nie pij, ruszaj się, schudnij, śpij, jedz warzywa, idź na badanie, nie przypiekaj się na słońcu jak kurczak na rożnie, ogranicz czerwone i przetworzone mięso, nie siedź tyle, nie żyj tak, nie rób tego, nie rób tamtego.
No cudownie.
Jeszcze ktoś powinien do tego zaśpiewać „Let It Go”, tylko w wersji „Puść schabowego”.

Chcę, żeby ludzie wiedzieli, że to, czy w sklepie zdecydują się kupić pomidora czy marną szynkę, ma znaczenie. Nie w sensie, że jeden pomidor zbawi świat, bo pomidor nie jest Doktorem Strange’em, nie otworzy portalu do wymiaru „zdrowie absolutne” i nie cofnie czasu ruchem dłoni nad talerzem. Ale w sensie, że setki małych decyzji budują środowisko, w którym żyje ciało.
To, czy do sklepu pojedziesz autem, czy pójdziesz spacerem, ma znaczenie.
To, czy palisz, ma znaczenie.
To, czy pijesz, ma znaczenie.
To, czy codziennie „nie masz czasu” na ruch, ma znaczenie.
To, czy czerwone i przetworzone mięso jest dodatkiem, czy fundamentem diety, ma znaczenie.
To, czy idziesz na badanie, ma znaczenie.
Nie jako jeden heroiczny gest.
Raczej jak robótki ręczne.
Oczko po oczku.
Nitka po nitce.
Wzór nie powstaje od jednego ruchu. Powstaje z powtarzalności. Z cierpliwości. Z tego, że przez długi czas robisz coś małego, co dopiero z daleka okazuje się całością.
Zdrowie też tak działa częściej, niż byśmy chcieli.
Bez fajerwerków.
Bez sceny finałowej.
Bez „Eye of the Tiger” w tle za każdym razem, kiedy wybierasz wodę zamiast alkoholu albo spacer zamiast windy.
Bardziej jak bardzo nudny montaż filmowy, który oglądałoby się dobrze dopiero po latach, kiedy widać, że te wszystkie małe wybory ułożyły się w coś większego.
Nauczyliśmy się segregować śmieci. Nauczymy się kanapek
Piszę to do siebie i do Ciebie, bo ja zaraz zapomnę.
Bo człowiek zapomina.
Bo kiedy nie boli, to się wydaje, że ciało jest niezniszczalne. Bo kiedy kontrolka jeszcze nie świeci, łatwo udawać, że silnik będzie jechał wiecznie na oparach i pewności siebie.
Ale tego, co wybieram na kanapkę, nauczyłam się parę lat temu i Ty też możesz się nauczyć. Właśnie przed chwilą powiedziałam komuś do słuchawki: “nauczyliśmy się segregować śmieci. Nauczymy się też wybierać zdrowie na kanapce.“
I serio tak myślę.
Kiedyś segregowanie śmieci też było dla wielu osób fanaberią, zawracaniem głowy, dodatkowym koszem, dziwnym systemem kolorów i „a po co to komu”. Dziś większość z nas robi to automatycznie. Nie idealnie, nie zawsze, czasem z pretensją do plastiku po jogurcie, ale robi.
Więc może naprawdę da się nauczyć społeczeństwo, że zdrowie też zaczyna się od małych automatyzmów.
Od tego, co kupuję najczęściej.
Co jem najczęściej.
Czy palę.
Czy piję.
Czy się ruszam.
Czy śpię.
Czy szczepię.
Czy idę na badanie.
Czy pytam lekarza, zamiast algorytmu z chińskiej linii taśmowej cudów.

Nie chodzi o to, żeby powiedzieć ludziom: jesteście winni.
Chodzi o to, żeby powiedzieć: macie wpływ.
Nie na wszystko. Nie zawsze. Nie w stu procentach.
Ale większy, niż wielu z nas myśli.
Możesz nie sprawdzać, czy umiesz. Możesz nie chcieć wiedzieć. Możesz mówić, że jakoś to będzie, że wszyscy kiedyś na coś umrzemy, że babcia też jadła boczek i żyła dziewięćdziesiąt lat. Możesz.
Ale możesz też nigdy nie być tak chora, łysa i ucząca się od nowa wielu rzeczy jak ja.
Masz na to wpływ.
Nie boski.
Ale realny.
Ludzki.
Codzienny.
Magdalena Lachawczak – Biadalska