Wiedza jest dla mnie narzędziem.
Jednym z ważniejszych w życiu.
Nie wiedzieć i robić – to jedno. Każdemu się zdarza. Nie rodzimy się z instrukcją obsługi siebie, świata, ciała, relacji, chorób, nerek, wątroby, szpiku i całej tej wewnętrznej maszynerii, która działa sobie po cichu, dopóki nie zacznie krzyczeć.
Ale wiedzieć i nic z tą wiedzą nie robić – to już zupełnie inna kategoria literacka.
I tak mam między innymi z alkoholem.
Nie będę go tutaj zdrabniać. Nie będę robić z niego „winkowania”, „proseczka”, „drineczka”, „piwka na rozluźnienie” ani żadnej innej sympatycznej maskotki kultury, która przez pokolenia nauczyła ludzi, że jak coś ma procenty, to może być i nagrodą, i lekarstwem, i pocieszeniem, i biletem wstępu do dorosłości, i obowiązkowym elementem rodzinnej integracji.
Nie będę go też romantyzować.
Ani bagatelizować.
Polska historia i kultura procentami stoją. Raz mniejszymi, raz większymi, ale jednak procentami, które przez pokolenia robiły to, co robiły. W domach. Przy stołach. Na weselach. Na stypach. W weekendy. Przed pracą. Po pracy. Przed rozmową, której nikt nie umiał przeprowadzić na trzeźwo.
Nie jestem ekspertką w temacie zdrowia publicznego ani alkoholu. I naprawdę mamy w Polsce ludzi, po których można sięgać, jeśli ktoś chce ten temat zgłębić na poważnie. Ja piszę z perspektywy pacjentki onkologicznej i osoby, która z alkoholem rozstała się na długo przed chorobą, bo na własnym ciele odczuła skutki tego, o czym dziś nauka mówi bardzo szeroko.
Alkohol to nie magiczny płyn społeczny.
To substancja psychoaktywna.
To substancja toksyczna.
To kancerogen grupy 1, czyli ta sama najwyższa kategoria rakotwórczości, w której klasyfikuje się czynniki z wystarczającymi dowodami działania rakotwórczego u ludzi. WHO wskazuje, że alkohol jest przyczynowo powiązany z co najmniej siedmioma typami nowotworów, w tym z rakiem piersi.
Czyli kiedy pacjentka, taka jak ja, pyta o alkohol w trakcie leczenia, ja nie widzę tu tematu z kategorii „czy wypada”. Widzę temat z kategorii: czy warto dokładać ciału kolejne obciążenie, kiedy ono i tak prowadzi najtrudniejszą robotę swojego życia?
A ja po urosepsie, z mocno nadwyrężoną prawą nerką, byłabym co najmniej głupia, gdybym dalej po niego sięgała. Gryzł się też mocno ze stylem życia, który powoli zaczynałam budować. Żywienie, ćwiczenia, regeneracja, rozwój, praca z ciałem, praca z głową – to wszystko szłoby z każdym kieliszkiem w las, gdybym dalej uprawiała „towarzyskie sączenie” w imię relaksu, który następnego dnia wystawiał mi rachunek większy niż wartość całej imprezy.
Ale do sedna.
Bo to nie o moim nieużywaniu alkoholu dziś mi gra.
Kiedy po chemii można wypić kieliszek wina?
Co jakiś czas przewijają mi się przed oczami pytania:
„Kiedy po chemii można sięgnąć po kieliszek wina?”
„Czy podczas leczenia można okazjonalnie pić alkohol?”
„Jaki alkohol nie zaszkodzi podczas terapii?”
I mój pierwszy, ludzki, bardzo nieświęty odruch jest taki, żeby napisać:
Drodzy Państwo, wszyscy jesteśmy dorośli. Nikt Wam niczego nie zabroni, nikt Wam niczego nie nakaże, ale czy naprawdę musicie odpalać lufę armaty w swoją stronę w trakcie leczenia, w którym i tak walczycie ciężką artylerią o życie?
Tylko że to jest pierwszy odruch.
Odruch powierzchniowej oceny.
Odruch pacjentki, która siedzi na chemii, patrzy na port, wyniki krwi, wątrobę, nerki, szpik, śluzówki, ból, sen, lęk, leki, sterydy, kroplówki i myśli: serio? Jeszcze alkohol?
A potem biorę oddech.
I idę do wiedzy.
Do danych.
Do badań.
Do biologii.
I wtedy coraz mniej mam ochotę się oburzać, a coraz bardziej rozumiem, kto, czemu i po co o to pyta.
Bo alkohol w naszym świecie nie jest tylko alkoholem.
Alkohol jest obietnicą – zwykle fałszywą, ale bardzo dobrze opakowaną.
Alkohol jako most do normalności
Pytanie o alkohol w leczeniu onkologicznym nie zawsze jest, a właściwie przeważnie nie jest dosłownie pytaniem o sam alkohol.
Czasem jest pytaniem o normalność.

Chcą znów być częścią czegoś, do czego jeszcze chwilę temu należeli bez ograniczeń, bez portu, bez wyników, bez pytania, czy neutrofile pozwolą.
I ja to rozumiem.
Serio.
Bo rak nie zabiera tylko zdrowia. On potrafi zabrać spontaniczność, przynależność, lekkość, poczucie bycia „normalnie w świecie”. W badaniach jakościowych pacjenci mówią właśnie o próbach utrzymania normalności, kontynuowania życia sprzed diagnozy, zachowania ról społecznych i poczucia tożsamości, ale też o barierach, które choroba w to wszystko wkłada.

Łącznikiem między tym co przed i po diagnozie. Wygląda jak przejście na drugą stronę: do dawnej siebie, do dawnej paczki, do dawnego pomysłu na wieczór, do dawnej wolności. A może się okazać kładką z kartonu nad rzeką, przez którą i tak trzeba przejść własnym ciałem w leczeniu.
Bo jeśli celem jest poczuć się przez chwilę „jak dawniej”, to pytanie brzmi: czy warto robić to substancją, która dokłada pracy wątrobie, miesza w śnie, może wchodzić w interakcje z lekami, nasilać odwodnienie, pogarszać nastrój i jest powiązana z ryzykiem nowotworów, w tym raka piersi?
I to nie jest pytanie z ambony. To jest pytanie z poziomu: ja wiem, że chcesz mostu. Ja też chcę.
Tylko sprawdźmy, czy on naprawdę prowadzi tam, gdzie myślisz.
Miękki alkoholowy koc…
Alkohol bywa też czasoumilaczem.
Pozornym.
Bo na chwilę może rozluźnić, odciąć, przytłumić, zrobić między człowiekiem a światem grubszą szybę. A w chorobie onkologicznej napięcie potrafi siedzieć w ciele jak zwierzę zamknięte w klatce. I to napięcie nie jest wymysłem ani pacjentów, ani lekarzy, ani nikogo innego. W badaniach nad pacjentkami z rakiem piersi dystres psychologiczny jest bardzo częsty. Jedna z metaanaliz, obejmująca 47 badań i ponad 15 tysięcy dorosłych pacjentek z rakiem piersi, oszacowała łączną częstość dystresu psychologicznego na około 52%.
Jest samotność.
Jest stres diagnozy.
Jest zmiana sytuacji życiowej.
Jest utrata kontroli.

Nie „rozluźniasz się” substancją psychoaktywną w organizmie, który jednocześnie metabolizuje chemię, leki przeciwbólowe, przeciwwymiotne, sterydy, antybiotyki, leki osłonowe, czasem psychotropy, czasem suplementy, czasem wszystko naraz, jakby wątroba była całodobową sortownią paczek przed świętami.
A alkohol nie przychodzi z pomocą do tej sortowni, tylko dokłada paczkę. I to taką bez kodu kreskowego.
Alkokredyt na jedną noc
Alkohol bywa równie często usypiaczem.
I tu rozumiem pokusę jeszcze bardziej.
Pacjenci onkologiczni bardzo często mają problemy ze snem i to znów nie jest ani ich wymysł, ani tym bardziej detal. W dużej metaanalizie obejmującej ponad 46 tysięcy osób z chorobą nowotworową częstość zaburzeń snu oszacowano łącznie na 60,7%. W trakcie aktywnego leczenia przeciwnowotworowego było to około 60,2%, a w samym raku piersi około 59,7%. Czyli jeśli ktoś w leczeniu nie śpi, wybudza się, kręci po nocy, ma lęk nocny albo budzi się bardziej zmęczony niż przed zaśnięciem, to nie jest kolejna „onkofanaberia”. To jest bardzo częsty i poważny problem. Sen to przecież odstawa regeneracji i odpoczynku, dla organizmu wykończonego leczeniem.
Ja mam to szczęście, że akurat większych problemów ze snem nie mam i trudno mi się z nimi w pełni utożsamić, bo od 2 – 3 lat pielęgnuję swoją rutynę snu jak domowe sanktuarium. Ale parę pobudek w trakcie nocnych pożarów pokazało mi, jak to może smakować następnego dnia.
Ale ogólnie swój sen oceniam na 7-8/10.
Wiem jednak, że dla wielu osób sen w leczeniu to pole bitwy i wtedy kieliszek może wyglądać jak rozwiązanie. Bo po alkoholu faktycznie można szybciej zasnąć. Problem w tym, że to jest kredyt zaciągnięty bardzo krótkoterminowo. Taki chwilówkowy sen z RRSO zapisanym drobnym drukiem na dnie kieliszka.
Badania nad alkoholem i snem pokazują dość spójny obraz: alkohol może skracać czas zasypiania, ale później zaburza architekturę snu, zwiększa fragmentację, pogarsza jego ciągłość, wpływa na fazę REM i może nasilać problemy z oddychaniem podczas snu, zwłaszcza w drugiej połowie nocy. Czyli tak, można po nim szybciej „odpaść”, ale to nie znaczy, że ciało dostaje nocną regenerację, której potrzebuje w leczeniu.
Sen po alkoholu nie ma wiele wspólnego z prawdziwym odpoczynkiem. A już na pewno nie z regeneracją, której ciało w chemii potrzebuje jak tlenu.
Czyli tak.
Można po nim szybciej odpaść.
Ale odpaść to nie znaczy odpocząć.
Alkohol jako środek przeciwbólowy
Alkohol bywa w końcu używany jako środek przeciwbólowy.
I znowu – rozumiem mechanizm.
Ból w onkologii jest powszechny, a nie marginalny. W systematycznych przeglądach ból zgłasza około 55-59% pacjentów w trakcie leczenia przeciwnowotworowego, a w chorobie zaawansowanej odsetki są jeszcze wyższe.

Ból przewlekły, ból pooperacyjny, ból kostny, ból mięśniowy, neuropatyczny, ból głowy, ból śluzówek, ból od portu, ból od napięcia, ból od wszystkiego naraz – człowiek w leczeniu onkologicznym może dojść do momentu, w którym ciało robi się jednym wielkim pulpitem z migającymi kontrolkami.
Alkohol może chwilowo przytłumić odczuwanie bólu. I to też nie jest całkiem „wymyślone”, bo metaanaliza badań eksperymentalnych na zdrowych uczestnikach pokazała, że alkohol może mieć krótkotrwałe działanie przeciwbólowe: zwiększać próg bólu i zmniejszać ocenianą intensywność bólu. Autorzy tej pracy zwracali uwagę, że właśnie takie działanie może sprzyjać nadużywaniu alkoholu u osób z bólem.
Tylko że znowu: to nie jest leczenie bólu.
To jest chwilowe zamazanie sygnału.
A sygnał nie znika dlatego, że go przykryliśmy. On często wraca. Czasem z odsetkami. Do tego alkohol może wchodzić w interakcje z całą farmakologiczną artylerią, obciążać wątrobę, zwiększać ryzyko krwawień przy niektórych lekach i ogólnie robić dokładnie to, czego pacjent onkologiczny nie potrzebuje: dokładać nieprzewidywalności.
I tu przypomina mi się „Na rauszu”, film o akademickim eksperymencie z alkoholem, który zaczyna się od tezy o „brakującym promilu” i próbie podniesienia jakości życia przez kontrolowane picie. Tylko że kino może sobie wejść w paradoks, w taniec, w rozpęd, w upadek, w metaforę. Życie w leczeniu onkologicznym ma mniej przestrzeni na eksperymenty pod hasłem: zobaczmy, jak będzie. Bo pacjent onkologiczny i tak już żyje w paradoksie.
Leczy się ciężką artylerią, żeby ratować życie.
I w tym samym czasie może mieć pokusę, żeby sięgnąć po substancję, która tę artylerię czyni mniej przewidywalną.
Nie dlatego, że jest głupi.
Nie dlatego, że nie rozumie.
Czasem dlatego, że jest zmęczony, przerażony, samotny, przeciążony, niedospany, obolały i ma dość bycia „dzielnym pacjentem”, który zamiast wina dostaje kolejną butelkę wody i zalecenie: proszę obserwować.
Herbatka z prądem?
Od początku leczenia marznę przeokropnie.
Tak, wiem, że brzmi to absurdalnie w zestawie z nocnymi pożarami, ale onkologia już dawno przestała pytać mnie o zgodność logiczną objawów. W dzień potrafię marznąć jak człowiek wyjęty z zamrażarki, w nocy płonąć jak piec hutniczy, a rano zastanawiać się, czy to nadal ciało, czy już termostat po zalaniu.
I teraz wchodzimy w okres, który kulturowo sprzyja wszelkim „grzańcom” i „herbatkom z prądem”.
Na rozgrzanie.
Na odporność.
Na sen.
Na jesień.
Na smutek.
Na „jednego można”.
Tylko że efekt rozgrzania po alkoholu jest pozorny. Alkohol może dawać subiektywne uczucie ciepła, między innymi przez wpływ na naczynia krwionośne i odczuwanie temperatury, ale fizjologia jest mniej romantyczna niż kubek grzańca z cytrusami i cynamonem. Badania nad termoregulacją pokazują, że alkohol może zwiększać komfort odczuwany w zimnie, ale jednocześnie sprzyjać spadkowi temperatury głębokiej przez zaburzenie mechanizmów utrzymywania ciepła. W uproszczeniu: przez chwilę może być „cieplej”, ale organizm nie dostaje realnego wsparcia w ogrzewaniu.
Czyli herbatka z prądem jest trochę jak toksyczny były.
Na początku robi ciepło.
Potem zostawia Cię z większym chłodem i pytaniem, czemu znowu dałaś się nabrać.
Alkohol i leczenie – dodatkowa zmienna w układzie, który i tak ledwo mieści się w tabelce
Jest jeszcze kwestia, której nie da się elegancko upchnąć w jednym zdaniu: alkohol w trakcie leczenia onkologicznego to dodatkowa zmienna.
A ja i żaden inny pacjent onko naprawdę nie potrzebujemy więcej zmiennych.
Przeglądy naukowe dotyczące alkoholu i leczenia onkologicznego wskazują, że temat jest złożony i nadal są luki w wiedzy dotyczące wpływu alkoholu na skuteczność terapii, metabolizm leków i toksyczność leczenia. To dla mnie nie jest argument za tym, żeby machnąć ręką. To jest argument za ostrożnością. Jeśli system i tak jest trudny do przewidzenia, to dokładanie alkoholu nie robi z niego prostszej układanki.
Zwłaszcza że alkohol może odwadniać, obciążać wątrobę, pogarszać sen, nasilać zawroty głowy, wpływać na nastrój i wchodzić w interakcje z lekami. Czyli nawet jeśli ktoś usłyszy, że przy konkretnym schemacie „mała ilość” nie musi bezpośrednio unieważnić leczenia, to nadal nie znaczy, że organizm dostaje prezent.
Raczej kolejne zadanie domowe.
Bez sensu zadane w najgorszym możliwym semestrze.
To nie jest wpis o zakazie. To jest wpis o decyzji
I teraz coś dla mnie bardzo ważnego.
Ja nikomu nie wystawiam mandatu za kieliszek.
Nie jestem policją od procentów.
Nie stoję z alkomatem przy onkologii.
Nie będę nikomu mówić, że jest złym pacjentem, bo zadał pytanie o alkohol. Samo pytanie jest dla mnie w sumie zrozumiałe. Czasem wręcz bardzo ludzkie. Bo jeśli całe życie alkohol był w kulturze kodem relaksu, świętowania, ulgi, snu, odwagi, rozmowy i „normalności”, to nic dziwnego, że choroba nie wymazuje tego kodu jednym ruchem.
Ale właśnie dlatego warto ten kod przeczytać jeszcze raz.
Na trzeźwo.
Dosłownie i w przenośni.
Jeśli ktoś pyta: „jaki alkohol nie zaszkodzi podczas terapii?”, to ja bym chyba odpowiedziała: nie wiem, czy to jest dobrze postawione pytanie. Bo w leczeniu onkologicznym nie chodzi o to, żeby znaleźć najbardziej elegancki sposób na dołożenie ciału kolejnego obciążenia. Może lepsze pytanie brzmi: po co chcę po niego sięgnąć?

I dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa rozmowa. Bo na każdą z tych potrzeb może istnieć inna odpowiedź. Może nie tak szybka. Może nie tak błyszcząca. Może nie tak kulturowo oswojona. Ale bezpieczniejsza.
Sen można leczyć.
Ból można konsultować.
Lęk można wypowiedzieć.
Napięcie można rozbrajać.
Samotność można nazwać.
Potrzebę normalności można potraktować serio, zamiast zalewać ją czymś, co przez godzinę udaje rozwiązanie, a potem zostawia ciało z dodatkową robotą.
Na zdrowie? Poważnie?
Nie piszę tego z ambony.
Piszę to z fotela pacjentki.
Z ciała, które wie, co znaczy leczenie.
Z wątroby, której naprawdę nie chcę dokładać nowych atrakcji.
Z nerki, która już kiedyś dostała od życia po głowie.
Z głowy, która z wiedzy zrobiła sobie poręcz. Nie dlatego, że wiedza usuwa strach. Nie usuwa. Ale czasem pozwala nie iść za pierwszym odruchem. Nie za kulturą. Nie za „wszyscy tak robią”. Nie za „jeden kieliszek nie zaszkodzi”. Nie za „na zdrowie”, które w tym kontekście brzmi dla mnie jak najbardziej ironiczny toast świata.
Bo wszyscy jesteśmy dorośli.
Każdy podejmuje swoje decyzje.
Tylko ja dziś wybieram tak: jeśli moje ciało dostaje chemię, jeśli szpik pracuje na granicy, jeśli wątroba liczy każdą rundę, jeśli nerki mają swoją historię, jeśli sen ma być regeneracją, a nie utratą przytomności, jeśli ból chcę leczyć, a nie zalewać, jeśli lęk potrafię usłyszeć, a nie zakorkować – to ja nie dokładam alkoholu do tej układanki.
Nie dlatego, że jestem święta.
Nie dlatego, że jestem lepsza.
Nie dlatego, że lubię sobie odmawiać.
Tylko dlatego, że wiem.
A jak już wiem, to trudno mi udawać, że nie wiem.