Ten dziennik, jak to dziennik, służy przede wszystkim mi.
Cieszę się, że nie tylko mi. Naprawdę. Cieszę się, jeśli ktoś znajduje tu swoje zdanie, swoją emocję, swój moment „o, ja też tak mam” albo chociaż jedną rzecz, która porządkuje mu chaos w głowie. Ale ten dziennik powstał głównie po to, żeby moje myśli mogły się regularnie tłuc między sobą, rozbijać o ściany, trochę posiniaczyć, a potem ułożyć w jakiś sensowny przepis na przeżycie leczenia z tego, co aktualnie mam w lodówce.
Czasem jest tam białko, cytryna, mokka i mrożony ananas.
Czasem jest bunt, łysa głowa, złość i pytanie bez odpowiedzi.
Czasem jest śmiech.
Czasem jest coś, co kogoś ukłuje.
I jeśli kogoś to triggeruje, jeśli komuś coś odpali, jeśli ktoś poczuje, że dotknęłam miejsca, którego nie chciał dziś dotykać, to proszę: nie bierz tego od razu do siebie. To jest moja przestrzeń. Bardzo subiektywna. Nie raport, nie stanowisko wszystkich pacjentów onkologicznych, nie manifest mniejszości, nie podręcznik savoir-vivre’u dla świata. To jest miejsce, w którym próbuję sobie coś ułożyć na teraz. A może nie tylko na teraz.
Puszka Pandory pod postem
Pod jednym z moich postów o nieprzyjemnościach społecznych pacjentów onkologicznych wywiązała się bardzo ciekawa wymiana myśli, doświadczeń i poglądów. I ona otworzyła w mojej głowie, i trochę też na moim ms, małą puszkę Pandory.
Opisałam sytuację, której byłam uczestnikiem. Nie mogę odnosić się do sytuacji wyimaginowanych. Nie bardzo też chce mi się wyobrażać, że mogło to spotkać każdego, innego, niełysego, przypadkowego człowieka. Spotkało mnie. Łysą. Czasowo, bo czasowo, ale jednak łysą. Jak miałam włosy, jakoś mnie to nie spotykało.
Można oczywiście uznać, że interpretuję rzeczywistość na wyrost. Że może ktoś miał zły dzień. Może nie chodziło o mnie. Może nie chodziło o chorobę. Może nie chodziło o łysinę. Może akurat Księżyc wszedł komuś w złą fazę, Merkury wsteczny, kawa była za słaba, a człowiek po drugiej stronie rzeczywistości miał w sobie emocjonalny korek na autostradzie.
Może. Ale wait.
Czy nie na tym trochę polega nasze życie i rozwój, że w każdej sekundzie coś interpretujemy i przetwarzamy? Przecież nie przez pryzmat osoby, z którą właśnie rozmawiamy, tylko przez swoją własną, subiektywną machinę składającą się na istnienie. Przez doświadczenia, lęki, przekonania, ciało, historię, relacje, wiedzę, niewiedzę i wszystkie te rzeczy, które mieszkają w nas, zanim ktokolwiek zdąży wypowiedzieć pierwsze zdanie.
Ja też interpretuję. Więc obiektywnie nie wiem, ale się wypowiem.
Dobry wilk, zły wilk i chwilówka albo kredyt na lata
Z natury uznaję, że ludzie mają w sobie dobro. Mają też „zło”. Tylko wszystko zależy od tego, którego „wilka w sobie aktualnie karmią”. Ciekawskich odsyłam do Junga i teorii o integracji cienia. Ale wracając, czasem to niewłaściwie kierowane żywienie przypomina chwilówkę. Szybko, impulsywnie, z fatalnym RRSO i konsekwencjami, które jednak skala pozwala ogarnąć. Czasem jednak to jak kredyt hipoteczny. Długoterminowo, z harmonogramem spłat, potężnymi odsetkami i drogą, z której już nie ma powrotu (w tym życiu).
Sama długo karmiłam tego niewłaściwego – choć psychoterapeutą i psychiatrą nie jestem, więc znów – teoretycznie nie wiem, ale się wypowiem. I właśnie dlatego nie mam już w sobie wielkiej potrzeby rzucania się na każdego człowieka, który rzucił we mnie kamieniem, i pytania: dlaczego? Po co? Czy Ty rozumiesz? Czy możemy o tym porozmawiać? Czy mam Ci rozpisać konsekwencje społeczne Twojego zachowania w punktach?
Nie.

A skoro rzucił, to najpewniej nie chce też o tym dyskutować. Albo nie może. Albo nie umie. Albo ma zły dzień. Albo jest socjopatą. Albo psychopatą. Albo akurat jest jakaś tam pełnia. *niepotrzebne skreślić.
O mniejszościach łatwo mówi się z bezpiecznej odległości
Fakt, piszę o tym teraz. Mimo że wykształciłam się w specjalności polityki społecznej, problemy mniejszościowych grup społecznych były dla mnie przez długi czas w dużej mierze teoretyczne. Miałam i mam swoje poglądy. Wiedziałam, co myślę o prawach człowieka, wykluczeniu, marginalizacji, nierównościach, przemocy symbolicznej, systemowej i tej najbardziej codziennej, która wygląda czasem jak spojrzenie, komentarz albo odsunięcie krzesła.
Ale nie doświadczałam tego, czego doświadczam dziś, kiedy do jednej z takich grup dołączyłam. Dziwne, nie? Że teraz o tym piszę.
Przecież mogłam pisać 10 lat temu, kiedy takie sytuacje były mi obce. Mogłam wtedy wypowiadać się z pozycji osoby, która układa sobie w głowie hipotetyczne scenariusze, czyta raporty i mówi: tak, to ważne. Mogłam pisać teoretycznie, bardzo poprawnie, z przypisami i właściwym słownictwem.
Tylko że dziś to stało się moim doświadczeniem. Marginalnym na szczęście, ale moim.
Moim doświadczeniem stały się też rozmowy z pacjentkami i pacjentami, których wcześniej nie prowadziłam w ten sposób. Kiedy tylko zbierałam materiały do wpisów poradnikowych, rozmowy toczyły się na zupełnie innej płaszczyźnie. Nikt między odpowiedzią na pytania o pielęgnację skóry, blizny, paznokcie czy śluzówki nie wyskakiwał jak Filip z konopi z tekstem: „hej Magda, a wiesz, przyjaciółka mnie zostawiła”, „zwolnili mnie z pracy”, „mąż chce rozwodu, bo nie dźwiga”. Dziś jest inaczej.

Wysyła się zdjęcia, których nigdy nie ujrzy świat ani żaden ginekolog. Bo on rozumie nawet bez słów. Wiem to, bo tego doświadczam.
Często między pacjentami powstaje niezdefiniowana dla mnie do dziś dziwna więź.
Jak nie piszesz dwa dni, to jest niepokój.
Nie odbierasz telefonu i nie oddzwaniasz więcej niż 5-8 godzin? Alarm.
Ciężko to wytłumaczyć komuś, z kim możesz nie mieć kontaktu parę tygodni i jest okej. I zasadniczo nie ma potrzeby tłumaczenia. Są takie rzeczy, które dzieją się tylko w konkretnej wspólnocie doświadczenia. Nie dlatego, że ta wspólnota jest lepsza. Dlatego, że wie, o czym mówi cisza.
Nie ucz świni śpiewać
Tak samo uznaję, że z pewną grupą osób, posiadających albo właśnie nieposiadających pewnych cech, nie ma sensu rozmawiać.
Kiedyś, kiedy jeszcze byłam za mało pełnoletnia i miałam za duży bałagan w głowie i w życiu, mądrzy ludzie, których wtedy nie mogłam zrozumieć, podsunęli mi człowieka, który napisał coś w tym stylu: „Nie próbuj uczyć świni śpiewać, bo i świnię zdenerwujesz, i sam nerwy stracisz”. Anthony de Mello.
Maksyma na całe życie zasadniczo. Ale jej sens zrozumiałam grubo po trzydziestce. Nie wiem, ile razy musiałam to przeczytać, żeby przestać walić głową w mur, ale w końcu przestałam. Dlatego wychodzę dziś z założenia, że gdybym po drugiej stronie miała kogoś do rozmowy, to nie byłoby powodu do tej rozmowy. Jeśli ktoś jest gotowy rozmawiać, zwykle nie rzuca pierwszy. Jeśli ktoś jest w stanie zobaczyć człowieka, zwykle nie zaczyna od kamienia.
I to nie oznacza, że nie wolno nazywać rzeczy po imieniu. Można. Czasem wręcz trzeba. Ale nie każdy człowiek z kamieniem w ręce czeka na seminarium z tego, czym jest współodczuwanie.
A teraz trochę teorii, bo jednak ja to ja
W takim kontekście bardzo łatwo usłyszeć: „teraz wszystko jest przemocą”. No cóż mam powiedzieć.
Taki mamy etap rozwoju społeczeństwa i w takiej szerokości geograficznej żyjemy. Mamy to szczęście, że możemy rozmawiać nie tylko o tym, jak przetrwać noc, znaleźć jedzenie i nie zostać rozstrzelanym. Choć za naszą granicą toczy się wojna i na mapie świata nadal jest dużo punktów, w których walka toczy się o dobra pierwszego rzędu, my żyjemy w kraju, w którym rozwój cywilizacyjny pozwala nam toczyć dyskusję o takich dobrach jak komfort życia, bezpieczeństwo nie tylko fizyczne i prawa grup mniejszościowych.
To jest przywilej. I odpowiedzialność.
Przemoc w szerokim, współczesnym rozumieniu to nie tylko uderzenie pięścią. To także użycie siły, przewagi albo władzy, również psychologicznej i społecznej, które prowadzi albo może prowadzić do krzywdy, szkody psychicznej, poczucia zagrożenia, poniżenia, wykluczenia lub odebrania komuś poczucia bezpieczeństwa. Oczywiście prawo karne ma swoje definicje. Socjologia swoje. Psychologia swoje. Ale wspólny mianownik jest prosty: przemoc zaczyna się tam, gdzie czyjaś przewaga zaczyna być używana przeciwko komuś.
A jeśli ta przewaga opiera się na czyjejś inności, chorobie, niepełnosprawności, kolorze skóry, narodowości, religii, orientacji, płci, wieku czy wyglądzie, to mówimy już nie tylko o czyimś „złym dniu”, ale o mechanizmie społecznym.
I tak, wiem. Ktoś może powiedzieć, że wszystkim w czterech literach się poprzewracało.
Że kiedyś ludzie byli twardsi i bardziej odporni. Że dzisiaj wszystko jest przemocą, każdy jest urażony, nie można nic powiedzieć, bo zaraz ktoś płacze, a człowiek już nie może nawet rzucić kamieniem bez przypisu do raportu o wykluczeniu.
Można tak mówić. Prawo do swobodnej wypowiedzi też uznaję.
Statystyki nie są po to, żeby licytować krzywdę
Nie lubię licytacji na cierpienie. Nie o to chodzi.
Ale dane pokazują, że agresja i dyskryminacja wobec osób postrzeganych jako „inne” nie są wymysłem ludzi przewrażliwionych. W badaniu EU Agency for Fundamental Rights ponad 100 tysięcy osób LGBTIQ z Unii Europejskiej odpowiadało o swoich doświadczeniach. Około 36% badanych zgłosiło dyskryminację w roku poprzedzającym badanie, a 14% doświadczyło fizycznego lub seksualnego ataku w ciągu pięciu lat.
W innym badaniu FRA, obejmującym muzułmanów w 13 krajach UE, 47% respondentów mówiło o doświadczeniu rasizmu lub dyskryminacji w ciągu pięciu lat. Wśród osób pochodzenia afrykańskiego w Unii Europejskiej badania również pokazują bardzo wysokie poziomy dyskryminacji, choć zależne od kraju. Osoby z niepełnosprawnościami także częściej doświadczają przemocy, zaniedbania, upokorzeń, wykluczenia i nadużyć niż osoby bez niepełnosprawności. W przeglądach dotyczących przemocy wobec osób z niepełnosprawnościami powtarza się, że ryzyko jest wyższe, a u dzieci z niepełnosprawnościami nawet wielokrotnie wyższe niż u dzieci bez niepełnosprawności.
I jasne, to są różne grupy, różne doświadczenia, różne kraje, różne definicje. Ale wspólny mianownik jest bardzo prosty: ludzie, którzy z jakiegoś powodu odstają od wyobrażonej normy, częściej dostają po głowie, dosłownie albo symbolicznie.
Czasem słowem.
Czasem spojrzeniem.
Czasem decyzją kadrową.
Czasem kamieniem.
Są też ludzie z kompletem klepek
Na szczęście są też osoby, które mają wszystkie klepki i empatię na właściwym miejscu.
I zasadniczo te osoby, kiedy o nich piszę, piszą mi potem: „no co ty, nie zrobiłam nic wyjątkowego”, „przecież to normalne”, „każdy by tak zrobił”.
Lidio, jeśli to czytasz – i cała reszto teamu w mojej pracy i wszystkie inne dobre dusze – Zrobiłaś. Zrobiliście.
Wasz mały błąd logiczny polega na tym, że uznajecie swoją postawę za normalną. Że każdy tak ma. Że to oczywiste, że kiedy człowiek przychodzi z informacją o chorobie, to dostaje silną dłoń, żelazne nerwy, przestrzeń, zrozumienie, humor, elastyczność i poczucie, że nie musi udowadniać swojej wartości wynikami krwi.
Tak… też kiedyś śniłam o utopii.
I niestety nie – to nie jest normalne ani naturalne dla każdego. Choć bardzo bym chciała, żeby było.
Dlatego będę takie postawy opisywać, podawać jako przykłady i pielęgnować w swojej głowie, wtłaczając w każdą komórkę mojego ciała. Żebym zapamiętała, że w świecie, w którym aktualnie ktoś ma ochotę wbić mnie w podłogę, są ludzie, którzy mnie z tej podłogi podniosą.
I to jest informacja ważniejsza niż niejeden komentarz.
Przyjmuję klątwy, jod, robaki i grzyby. Z życzliwością
Uznaję jeszcze jedną rzecz jak już wspomniałam: prawo każdego do swobodnej wypowiedzi.
Dlatego przyjmowałam i nadal przyjmuję z dużą życzliwością i wiarą, że osoba po drugiej stronie mówi to z najlepszą intencją, wszelkie komunikaty typu: trzeba ci zdjąć klątwę, ten rak to nieprzepracowana trauma, konflikt, zaburzony poziom jodu, robaki, grzyby, energia rodu, niewypłakany smutek, złe ustawienie łóżka, za dużo nabiału, za mało modlitwy, za dużo glutenu, za mało czakry podstawy.
Przyglądam się każdemu. Szczerze. Nawet jeśli się to niczego nie trzyma.
Swego czasu moją Paskudę z poważnych problemów zdrowotnych wyciągnął nie lekarz, a zielarz. Lekarze próbowali i polegli na niedziałających sterydach domięśniowych. Dlatego fitoterapię szanuję. Tak, fitoterapia to właściwe słowo. Ziołolecznictwo. Leczenie albo wspieranie zdrowia przy użyciu surowców i preparatów roślinnych. Historycznie zioła były częścią medycyny od zawsze, a zanim farmakologia zamknęła związki aktywne w tabletkach, ludzie przez tysiące lat uczyli się, które rośliny pomagają, które szkodzą, które uspokajają brzuch, a które mogą wysłać człowieka na drugi świat szybciej niż zła decyzja po trzecim drinku.
W Polsce ten temat też nie zniknął nagle, z dnia na dzień. Nie ma jednej magicznej daty pod tytułem: „od dziś lekarze już nie uczą się ziół”. Bardziej zmienił się paradygmat. Zioła przeszły z centrum dawnej materia medica do farmakognozji, farmacji, badań nad substancjami roślinnymi i czasem medycyny integracyjnej. Lekarze uczą się przede wszystkim farmakologii opartej na lekach, dawkach, badaniach klinicznych i interakcjach. Za to np. farmaceuci nadal mają dużo bliższy kontakt z farmakognozją i surowcami roślinnymi.
I dobrze. Bo zioła mogą działać.
A skoro mogą działać, to mogą też wchodzić w interakcje. Zwłaszcza w onkologii, gdzie leki nie są herbatką na lepszy sen, tylko chemią, hormonoterapią, lekami celowanymi, przeciwzakrzepowymi, przeciwbólowymi i całą resztą poważnej farmakologii. I tu uwaga – dobrą praktyką jest jednak przedyskutować jakiekolwiek zioło z lekarzem lub swoim dietetykiem klinicznym, bo jest lista „absolutnie nie” w chemioterapii, jak chociażby dziurawiec i taka “może niekoniecznie.” Ja np. na czas chemii odstawiłam wszystkie – piję ciepłą wodę głównie z dodatkiem cytryny lub ananasa.
Szanuję też ustawienia hellingerowskie. Totalną biologię w wydaniu Dębowskiej. Doceniam pracę dr Mette, a w polskim wydaniu Gierszewskiej i wiele innych tematów. To, że się przyglądam, nie znaczy, że od razu wcielam wszystko w życie. Ale popatrzeć mogę, nie?
Offtop – Tytani też mają układ nerwowy
Kiedy jestem w trakcie pisania tego dziennika, patrzę na rozmowy z moimi dziewczynami, poznanymi w trakcie leczenia i muszę to powiedzieć: pacjentki onko to są prawdziwi tytani.
Uśmiechamy się. Wstajemy. Staramy się ogarniać i ogarniamy rzeczywistość. Umawiamy wizyty, odbieramy wyniki, pilnujemy morfologii, ogarniamy dzieci, pracę, lodówki, leki, termometry, maseczki, płukanki, opatrunki, życie. Odpowiadamy „dobrze”, kiedy ktoś „zdrowy” pyta, jak się czujemy, bo próba opisania samopoczucia total byłaby próbą opisania osobie niewidomej, jak wygląda kolor śliwkowy. A „dobrze” wygląda dobrze.
Ale kiedy czujesz i dosłownie widzisz przez skórę, jak płonie ci żyła, to uwierzcie, żadnemu wrogowi bym tego nie życzyła.
Miałam w życiu to szczęście, że jakimś cudem trafiałam na bardzo właściwych ludzi, kiedy sama bywałam mocno niewłaściwa. Jednym z nich był mój trener. To dzięki niemu, między innymi, zespoliłam się kiedyś z przekonaniem, że ból jest tylko w mojej głowie. I wiele innych ograniczeń też. I krótkoterminowo ta strategia jest mega efektywna.
Naprawdę.
Wstajesz, robisz, dociągasz, przekraczasz, oddychasz, idziesz dalej. Ciało mówi „nie”, głowa mówi „jeszcze kawałek”, a potem okazuje się, że jednak można. Sport, praca, życie, trudne decyzje – wiele razy to działało. I pewnie jeszcze wiele razy zadziała.
Ale w dłuższej perspektywie?
Jak już tu ustaliłam sama ze sobą, mówić można wszystko. Można też powiedzieć, że PTSD w leczeniu onkologicznym to znowu opowieść o „słabości dzisiejszych ludzi”. Że kiedyś to ludzie mieli gorzej i nie wymyślali sobie traum. Że boli, bo ma boleć. Że pacjent ma zacisnąć zęby. Że jak żyje, to niech się cieszy. Że najważniejsze, że leczą.
No nie wiem… ale się wypowiem. Bo tu akurat medycyna też się wypowiada. I mówi coraz wyraźniej, że diagnoza choroby zagrażającej życiu, leczenie onkologiczne, inwazyjne procedury, ból, utrata kontroli nad ciałem, powikłania, lęk przed wznową i kolejne kontrole mogą działać na układ nerwowy jak trauma medyczna. Nie u każdego. Nie zawsze. Nie tak samo. Ale mogą.
PTSD, czyli zespół stresu pourazowego, kojarzymy najczęściej z wojną, wypadkiem, przemocą, katastrofą. Tymczasem w literaturze medycznej funkcjonuje też pojęcie cancer-related PTSD albo cancer-related post-traumatic stress symptoms, czyli stresu pourazowego związanego z diagnozą i leczeniem nowotworu. Nie chodzi o to, że każdy pacjent onkologiczny ma PTSD. Chodzi o to, że u części osób choroba i leczenie zostawiają ślad nie tylko w wynikach, bliznach i żyłach, ale też w układzie nerwowym.
I to nie jest fanaberia. To jest fizjologia układu nerwowego, który uczy się przez doświadczenie.
W przeglądach badań szacunki są różne, bo różne są typy nowotworów, etapy leczenia, narzędzia diagnostyczne i grupy pacjentów. Ale często przytacza się, że pełnoobjawowe cancer-related PTSD może dotyczyć mniej więcej 7-14% pacjentów onkologicznych, a kolejne 10-20% może mieć objawy podprogowe, czyli takie, które nie zawsze spełniają pełne kryteria diagnozy, ale realnie wpływają na życie. W metaanalizach dotyczących osób po chorobie nowotworowej pojawiają się też podobne zakresy, około 6-13% dla cancer-related PTSD u ozdrowieńców. Są też badania, w których objawy pourazowe wykazywano zarówno u osób świeżo po diagnozie, jak i wiele lat po leczeniu.
W onkologii mówi się dziś dużo o jakości życia, distressie, lęku, depresji, psychoonkologii i opiece wspierającej. I bardzo dobrze. Bo przeżycie to nie jest tylko statystyka w tabeli. Przeżycie to także pytanie, w jakim stanie zostaje człowiek, kiedy już zrobi wszystko, co miał zrobić. Albo kiedy nadal jest w trakcie i właśnie próbuje funkcjonować tak, jakby jego układ nerwowy nie zapisywał sobie każdego wkłucia na osobnej kartce.
Do tej pory stałam mocno na stanowisku, że nie potrzebuję jeszcze wsparcia mentalnego. Że mam zasoby. Że mam głowę. Że rozumiem proces. Że umiem nazywać rzeczy. Że mam ludzi. Że przecież działałam już w takich warunkach, w których niejeden dorosły człowiek położyłby się twarzą do ściany i poprosił o instrukcję obsługi tlenu.
A jednak coraz bliżej mi do telefonu do mojej terapeutki na krótkoterminową interwencję.
Bo ból – to wiem, więc się wypowiem:

Raczej powoduje, że ogarnia mnie paraliż na myśl o tym, że na kolejnym wlewie nie użyją portu. I ja się nie żalę, gdyby ktoś tak to chciał odebrać. Piszę, jak jest. Bo tak u mnie jest.
Dalej Wam powiem, że samopoczucie 8-9/10. Bo jestem po tej stronie, po której paradoksalnie coraz częściej coś mnie boli, kłuje, ciągnie, piecze, szczypie. Kuriozalne nieco, ale to że boli oznacza, że jeszcze oddycham.
Biorę sobie “Głęboki oddech” KęKę
A żeby nie było: mam w planach jeszcze miliony oddechów, a ciekawskich zapraszam do odsłuchanie tego kawałka na YT.
A dla jeszcze bardziej ciekawskich, kiedyś słuchając go sprawdziłam – zdrowy dorosły człowiek w spoczynku oddycha zwykle około 12-20 razy na minutę. Gdyby przyjąć środek, czyli 16 oddechów na minutę, to przez 80 lat życia wychodzi około 673 milionów oddechów. Przy wolniejszym tempie, 12 oddechów na minutę, to około 505 milionów. Przy 20 oddechach na minutę – około 842 miliony.
Czyli tak, mam jeszcze w planach nie jeden głęboki oddech po wszystkim.
Mam w planach setki milionów oddechów.
Miliony zwykłych, niewidowiskowych, codziennych wdechów i wydechów, przy których nikt nie będzie pytał o port, żyłę, morfologię, czerwonego diabła, termometr ani to, czy już mi się totalnie poprzewracało pod kopułą, że sobie głowę na łyso zgoliłam albo o to, czy mogę się przesiąść gdzieś, bo jak na mnie zerka, to ciężko mu się je.
Szerokie horyzonty i wąskie gardło
I na koniec chyba właśnie tego mogłabym sobie i nam wszystkim, bardzo subiektywnie życzyć. Szerokich horyzontów. I wąskiego gardła, kiedy chce się w kogoś wycelować opinię.
Bo naprawdę Twoja opinia jest Twoja. Możesz ją mieć. Możesz ją pielęgnować, nosić w kieszeni, podlewać, okadzać szałwią albo przypiąć magnesem do lodówki. Tylko zanim rzucisz ją komuś pod nogi, warto zadać sobie jedno pytanie: czy ten człowiek naprawdę musi ją znać? A może Ciebie coś dziś wkurza, ale ten drugi człowiek też ma nienajlepszy dzień. Może rzucisz ziarno i na nim wykiełkuje coś, za co niekoniecznie chcesz brać odpowiedzialność?
Nie każda myśl zasługuje na wypowiedzenie. Nie każda interpretacja musi dostać mikrofon. Nie każda prawda, którą mamy w głowie, jest prawdą.
A ja?
Nie wiem czy wiem, ale subiektywnie się wypowiedziałam.
Magdalena Lachawczak – Biadalska