Pisałam już chyba, że odpalam się szybciej niż Aspark Owl do setki. Nawet jeśli jestem dzień po wlewie i wstanie z pozycji siedzącej zajmuje mi znacznie więcej niż 1,7 s. Ale są tematy w których to nie ciało, a serce decyduje. Więc odpaliłam się ja i odpalił się mój uśpiony lapek.

Bo zachowanie ciągłości – tak wewnętrznej, jak i zewnętrznej – jest dla mnie po prostu ważne.

Nie wiem, czy wszystkie kobiety tak mają. Ja mam.

Dopiero od niedawna nauczyłam się traktować moje ciało dobrze i naprawdę czuję, ile to daje nie tylko jemu, ale też całej reszcie mojego istnienia. Ciało przestało być dla mnie tylko narzędziem do dociągania, robienia, ogarniania, noszenia, pracowania i przekraczania kolejnych granic. Zaczęło być tą częścią mnie, której chcę słuchać, a nie tylko czymś, czemu wydaje się polecenia.

A chwilę potem przyszła choroba.

Kompromis między dobrym trenerem a katem

I trochę nie z własnej woli, ale musiałam sięgnąć po kompromis między potrzebą zbudowania siły na całą tę drogę, a tym, żeby się nie katować, tylko opiekować sobą mądrze. Nie z pozycji „muszę być najlepszą pacjentką świata”, tylko z pozycji:

Tu, jak zwykle, przyszli mi z pomocą ludzie.

Oczywiście Ania.

Patrycja.

Lekarki.

Dietetyczka.

Mój ulubiony zielarz.

A ostatnio dołączył do tej grupy też mądry specjalista, który – nie zapeszając – pomoże mi dopracować parametry na kolejne etapy, aż do końca radioterapii, a może nawet dalej, na zestaw hormony plus cykliby. Trzymam za nas kciuki. Choć jak mi powiedział na wstępnej konsultacji online, mam z czym dalej iść nawet mając to, co mam tu i teraz.

Jakoś „jakoś” rzadko mnie zadowala

Rzadko zadowala mnie „jakoś”. Jak mogę, zawsze chcę na 100%.

Do dziś nie ustaliłam sobie jeszcze, czy bardziej z pewności, że mogę, czy bardziej z lęku, że jak odpuszczę, to coś się rozsypie. Na pewno się przekonam. Powiedziałam krótko przed operacją mojej przyjaciółce, że ta lekcja na pewno jest po coś. Jeszcze nie wiem po co, ale na pewno jest. I mam nieodparte wrażenie, że zbliżam się do odpowiedzi, z każdym momentem, w którym odpuszczam gonienie jej. Nie muszę jej znać dziś, w końcu jestem w drodze. I to już jest ogromna dla mnie zmiana. Bo cierpliwość to nigdy nie było moje drugie imię.

Bliżej mi było chyba do Nocnej Furii. No nigdy raczej łagodna i letnia nie byłam.

Zawsze byłam jakaś. I to raczej w tym wymiarze „na maksa”. Jak rozrabiałam, to z przytupem. I jak już trochę zmądrzałam w życiu, to też nie umiem być pomiędzy. Chcę więcej. I choć odpuściłam sobie marzenie o lataniu, to na przekór temu dmuchają mi dziś w skrzydła ludzie, którzy mówią: drzwiami Cię wyproszą, to oknem wejdziesz, bo taka jesteś.

I muszę im tu przyznać rację. Daleko mam przesuniętą granicę „można”. I to też się nie wzięło znikąd.

Ale o tym chyba następnym razem.

Blizna też jest częścią opowieści

Dokończę o dbaniu o ciało.

Pisałam chyba, że przed operacją to, jak będzie wyglądać blizna, było daleko poza listą dziesięciu życzeń na operację. Zasadniczo miałam w głowie nawet scenariusz, że obudzę się nie po BCS+SNB a po mastektomii. Tak czasem bywa i byłam na to całkiem przygotowana. Bo biopsja biopsją, ale prawdę zawsze mówi spojrzenie głębiej. Mi to spojrzenie głębiej przyniosło rewolucję w planie leczenia, ale zachowało protokół operacji oszczędzającej.

Ale wracając do blizny – dzisiaj już tak nie jest. Jestem jednak kobietą. Chcę żyć długo jeszcze i chcę jakoś wyglądać. A „jakoś” w tym zdaniu znaczy: inaczej niż bliska przyjaciółka piły mechanicznej, na której szlifowała swój warsztat.

I naprawdę cieszy mnie, jak dużo rzeczy na mnie dobrze się goi. Bo temu pomagam.

Cieszy mnie, kiedy są momenty, jak wczoraj na kontroli przed wlewem, że lekarka mówi: „pięknie się goi”. Cieszy mnie, bo wiem, że to nie jest oczywistość. Mojej bliskiej pacjentce onko, którą nota bene poznałam idąc na ostatecznie nieudaną implantację portu, pierwsze zdjęcie szwów skończyło się rozejściem rany, drugim szyciem i bliznowcem.

Piszę o tym, bo mam jej zgodę.

Dostała w poniedziałek ode mnie moją resztkę Cica Spray i nie wiem, jak to teraz zadziała. Szczerze. Minęło sześć tygodni. Ale będziemy szukać terapii manualnych, technik automasażu i wszystkiego, co bezpieczne i możliwe do zrobienia, aby tę bliznę maksymalnie wspomóc.

U mnie po trzech tygodniach jest książkowo, choć dziś blizna spuchła po wczorajszym pierwszym podaniu do portu.  Ale to u mnie normalne po każdej czerwonej. Spokojna niby blizna po operacji, po wlewie budzi się do życia. Nie daje odczuć bólowych, ale robi się na powrót bordowa jak mocno dojrzałe buraki.

Port, czyli z piekła do nieba

A wracając do Natalii – poza tym, że czeka ją wyzwanie z blizną, to mega się cieszę, że ma port, bo zaraz wjeżdża na czerwoną po białej, więc się wymienimy doświadczeniami. I wiem, co ją ominie.

Ja poczułam różnicę. Wlewy do żyły, a wlew do portu, to z piekła do nieba.

Powiedziałam to po wlewie i powiem dziś: Nobel dla kogoś, kto to wymyślił.( nie wiem kto i nie mam siły teraz szukać, ale odrobię tę lekcję).

Choć oczywiście u mnie i jak się okazało zresztą, nie tylko u mnie, musiała być niespodzianka.

Trzydzieści sekund po podaniu deksametazonu do portu: ogień na twarzy i akupunktura w ilości kosmicznej. Miliony igieł wbijających się w twarz plus ogień między nogami, jakiego żaden przedstawiciel płci męskiej dotąd mi nie zafundował, albo już nie pamiętam.

I nikt cię, qurna, nie ostrzega.

Ja już się miałam żegnać, kiedy pielęgniarka mówi spokojnie: okej, tak bywa, za pięć sekund minie.

Minęło.

Ale moje zwykle niskie ciśnienie podniosło mi się na bank do 150/90. Dożylnie takich efektów specjalnych nie było. Co etap, to wyciągają inne zabawki. No na nudę narzekać nie można.

I tu mały komunikat z kategorii: nie, nie zwariowałam. Takie rzeczy po dożylnym deksametazonie są opisywane. Krótkie pieczenie, mrowienie, świąd albo palenie w okolicy krocza po podaniu dożylnym sterydu to znany, choć dla pacjentki raczej mało romantyczny efekt uboczny. Czasem dochodzi też uderzenie gorąca, twarz w ogniu i poczucie, że organizm właśnie odpalił wszystkie kontrolki naraz.

Czy człowiek mógłby zostać o tym uprzedzony? Mógłby.

Czy wtedy mniej by się przestraszył? Zdecydowanie.

Bo ja naprawdę jestem w stanie dużo znieść. Tylko wolę wiedzieć, czy właśnie umieram, czy po prostu deksametazon postanowił wejść scenicznie, z efektami pirotechnicznymi i kategorią 18+.

I jeszcze jedno, bo to chyba tu jest najlepsze miejsce, żeby to napisać dosłownie: czwarty, ostatni czerwony diabeł za mną.

Za mną.

Brzmi jak coś, co powinno mieć fanfary, konfetti i człowieka z mikrofonem, który mówi: proszę państwa, zawodniczka właśnie ukończyła etap specjalny. Ale w praktyce wygląda to bardziej tak, że siedzę, oddycham, sprawdzam, czy wszystko jest na miejscu i powoli zaczynam rozumieć, że ten kawałek drogi naprawdę już się wydarzył. I ciało puszcza adrenalinę. Można się rozpłakać z wielu emocji na raz.

Teraz już sobie to napisać mogę. Z jedną z moich cudownych pacjentek, idziemy dalej. Zdążyli jej wszczepić rozrusznik. Z jedną niestety już nie. Jeszcze w poniedziałek, 2 tygodnie temu ja biegłam do pracy, ona do przedszkola z dziećmi. Obie byłyśmy w dobrej formie. W środę biegłam już tylko ja. I to, co by nie mówić, pisać, czuć – stawia mnie pod ścianą wdzięczności. Starsza pielęgniarka na chirurgii powiedziała mi w kwietniu po operacji – Magda, szczęścia potrzebujesz; lekarzy też, leków też, bliskich też, dobrego nastawienia też, ale przede wszystkim szczęścia…

Wyniki są świetne, ale jajniki mają własny komentarz

Wzięłam to sobie do siebie i staram się na ile mogę, jednak mu – temu szczęściu– pomóc. Więc żeby nie było, że ja tu tak sobie piszę o ciele, mięśniach, pielęgnacji, cukrze, ruchu, portach i bliznach, a za cztery tygodnie zapomnę, gdzie mam wyniki – mam je świetne. Moja lekarka była bardzo zadowolona i idziemy dalej zgodnie z harmonogramem. I nic nie przedłużamy, choć miałam w planach nieco dłuższy wyjazd nad morze. Ale nie – jadę na 7 dni i koniec laby.

Bo czerwony diabeł zabrał mi może 1,5 kg mięśni, ale aktywności jajników nie.

I to akurat nie jest dobra wiadomość.

Bo przy raku hormonozależnym aktywne jajniki nie są tylko dowodem na to, że organizm jeszcze działa według starego rytmu. Są też informacją dla dalszego leczenia. ER 95%, PR 95%, luminalny B – to nie jest nowotwór, który wzrusza ramionami na estrogen i progesteron. To jest nowotwór, który na hormony miał receptory i dlatego dalsza część leczenia będzie musiała ten temat bardzo poważnie wziąć na tapet.

Czyli znowu: ciało coś pokazuje, a medycyna będzie musiała odpowiedzieć.

A ja?

Ja 10.08 startuję z białą damą.

Pielęgnacja? No to mogę się odpalić

A więc kiedy słyszę pytanie, czy aby chemia mi nie spaliła hamulców i nie wywaliło mnie w kosmos, bo dietetyczne konsultacje – ok, wizyta u terapeutki, umówiona! – ok, fizjoterapia – no ok, ale ta pielęgnacja? Przecież w leczeniu chodzi o leczenie, a nie o estetykę.

To co? Już mogę się odpalić?

Powiedziałam to w niedzielę na konsultacji online ze wspomnianym lekarzem, który pomoże mi zachować mięśnie, opanować rosnący cukier i ma plan wrzucić mi kamizelkę z obciążeniem. Tak. Kamizelkę. Z obciążeniem. W trakcie chemii. Jeszcze w niedzielę byłam raczej za opcją hantli z Pepco 2 kg i obciążniki na nogi. Ale obecnie moje wewnętrzne „na 100% albo wcale” się zastanawia…

Bo coraz więcej pacjentek i pacjentów przeżywa leczenie nowotworu – o tym też z nim rozmawiałam.

Przechodzi leczenie.

Przechodzi remisję.

Przechodzi nawroty.

Przechodzi przerzuty.

I idzie dalej.

Usłyszałam ostatnio, że rozmowy wokół raka piersi toczą się w kierunku klasyfikacji jak choroby przewlekłej; jak cukrzycy. Zdecydowanie ten temat zbadam, bo jest i trudny, ale ważny.

Ale wracając – ja też planuję skuteczne leczenie i chcę po prostu wyglądać dobrze.

Nie chcę po leczeniu być cieniem samej siebie i zastanawiać się, czy mam tyle kasy, żeby wytatuować pół swojego ciała, ukrywając blizny. Bo z leczeniem blizn laserem w onkologii nie jest tak prosto, jak mogłoby się wydawać z reklam gabinetów medycyny estetycznej, w których wszystko jest „szybkie, skuteczne i bez okresu rekonwalescencji”. No nie.

W onkologii jest jeszcze słowo „poczekamy”.

I słowo „zobaczymy”.

I moje ulubione: „to zależy”.

Hormonoterapia trwająca 5-10 lat, sama w sobie, nie oznacza automatycznie, że przez 5-10 lat nie wolno zrobić żadnego lasera, żadnego zabiegu na bliznę i żadnej sensownej terapii skóry. To byłoby zbyt proste, a onkologia, jak wiadomo, kocha proste odpowiedzi mniej więcej tak samo jak ja kocham komunikat „to zależy”.

Ale hormonoterapia to tylko jeden klocek.

Po chemii, radioterapii i ewentualnych cyklibach ciało nie jest już zwykłym klientem gabinetu medycyny estetycznej, który przyszedł „coś poprawić przed urlopem”. To jest ciało po leczeniu systemowym, po operacji, czasem po napromienianiu, czasem z ryzykiem obrzęku limfatycznego, czasem z niższymi neutrofilami, czasem z płytkami, które nie mają nastroju do współpracy, czasem z tkanką, która goi się wolniej, reaguje mocniej i pamięta więcej niż byśmy chciały.

Blizna po operacji onkologicznej to nie jest tylko kreska czy drabinka na skórze. To jest miejsce po cięciu, szyciu, gojeniu, czasem po drenażu, czasem w okolicy po usunięciu węzłów, czasem przed radioterapią, czasem po radioterapii, czasem w tkance, która jeszcze długo będzie przebudowywać się w środku.

A skóra po radioterapii to już w ogóle osobny rozdział. Radioterapia może zostawiać po sobie późne zmiany: włóknienie, przebarwienia, teleangiektazje, ścieńczenie, suchość, obrzęk, większą wrażliwość, gorsze ukrwienie i tkankę, która nie zawsze zachowuje się jak „normalna skóra”. Dlatego zabiegi z użyciem lasera, szczególnie mocniejsze lasery ablacyjne, resurfacing, głębokie mikronakłuwanie, radiofrekwencja mikroigłowa, mocne peelingi, agresywne terapie manualne, zabiegi z intensywnym ciepłem czy wszystko, co robi kontrolowany uraz w skórze, nie jest czymś, co po prostu „dokłada się” do leczenia, bo pacjentka chce ładniej wyglądać.

W wielu sytuacjach są po prostu odraczane.

A jeśli wjeżdżają cykliby, czyli inhibitory CDK4/6, to dochodzi kolejny temat: ryzyko neutropenii. Czyli znowu nie chodzi o to, że „laser jest zły”, tylko o to, czy w danym momencie układ odpornościowy i skóra są gotowe na zabieg, który jednak jest urazem. Kontrolowanym, planowanym, ale urazem.

Czy po zakończeniu chemii, po radioterapii i w trakcie hormonoterapii można kiedyś wrócić do rozmowy o laserze, pracy z blizną, terapii przebarwień albo innych zabiegach medycyny estetycznej?

Można.

Ale to jest rozmowa z dermatologiem, lekarzem medycyny estetycznej, chirurgiem, radioterapeutą albo onkologiem. Najlepiej z kimś, kto rozumie onkologię, blizny, radioterapię i nie traktuje słowa „rak” jak rubryki do odhaczenia w ankiecie.

Bo po leczeniu onkologicznym pytanie nie brzmi: „czy laser wolno?”.

Pytanie brzmi: jaki laser, kiedy, gdzie, na jakiej skórze, po jakim leczeniu, przy jakich wynikach, z jakim ryzykiem, przez kogo i po co.

To jest ogromna różnica.

Nie wszystko teraz, nie wszystko nigdy

Więc teraz i zaraz mam bardzo ograniczone ruchy.

Nawet konsultacja kobido – z uwaga! – posiadającym wiedzę terapeutą, większą niż chęć zarobku tu i teraz – skończyła się słowami: „widzimy się po. Twój organizm nie potrzebuje teraz więcej stresorów. Dobry technicznie masaż kobido czy korugi wzbudza bardzo intensywne procesy w organizmie. Zabierze Ci energię, która jest potrzebna na leczenie”. Dla ciekawskich dwóch innych powiedziało – jasne, można.

Wzięłam sobie jednak do serca jego odpowiedź i uznałam ok, poczekam.

Zmarszczki – zapraszam, macie swój plac zabaw.

A ja mam pielęgnację.

Tyle mogę.

I to wybieram.

To nie jest „kremik”. To jest system

Bo dla mnie to nie jest fanaberia. To nie jest: „ojej, mam raka, ale jeszcze kremik”. To jest dbanie o ciągłość. O skórę, która jest barierą. O ciało, które po leczeniu nadal ma być moje, a nie tylko „uratowane”.

I może tu jest sedno.

Ja nie chcę tylko przeżyć.

Ja chcę po tym wszystkim dalej w sobie mieszkać.

Nie w ruinie po sobie.

Nie w ciele potraktowanym jak tymczasowy magazyn procedur.

Nie w skórze, która była nieważna, bo „najważniejsze, że leczą”.

Oczywiście, że najważniejsze, że leczą.

Ale ja w tym leczeniu nadal jestem człowiekiem. Kobietą. Pacjentką. Żoną. Matką. Pracownicą. Przyjaciółką. Sobą. I jeśli mogę dziś zrobić coś, żeby po tej drodze nie zgubić całej zewnętrznej i wewnętrznej ciągłości, to będę to robić.

Nie dlatego, że jestem próżna.(a może?)

Dlatego, że jestem żywa.

Estetyka czy tożsamość?

A żywy człowiek ma prawo chcieć się sobie podobać. Ma prawo chcieć dobrze wyglądać. Ma prawo nie traktować blizny jak kary za przeżycie. Ma prawo pytać o krem, laser, masaż, ruch, białko, cukier, mięśnie i SPF. Ma prawo nie chcieć wybierać między skutecznym leczeniem a troską o ciało, które to leczenie musi unieść.

Magdalena Lachawczak – Biadalska