Zmieniłam chemię i zmieniamy tempo. Ktoś tu ewidentnie idzie na ostre spalanie w moim przypadku.
Wracamy do interwałów, ale w trybie ekspres. Jak ktoś jest takim fanem kawy jak ja, to espresso też pasuje. To się dosłownie zmienia z minuty na minutę. Siedzę w pracy i raz czuję, że głowa mi marznie. Ok, poty. Za chwilę koniec i mroczki przed oczami. Na szczęście mam cudny, wygodny fotel i uczę się z niego nie podrywać jak szesnastolatka, tylko najpierw sprawdzić, czy świat nadal stoi tam, gdzie stał przed chwilą.
Piętnaście minut później nawalają stawy.
Zjesz – odzywa się wątroba.
Ok, czyli pić.
Pij, pij, pij.
I tak osiem godzin.
Kiedy w środę wyszłam z pracy, lecąc na przełożone z wtorku paznokcie, lista myśli krążących w mojej głowie napędziłaby niejedną Teslę. Tyle energii na marne. Unia Europejska powinna zacierać ręce i patentować nowe źródło zasilania. Wystarczy podłączyć mnie po paklitakselu i pół osiedla jedzie na OZE.
Paznokcie? – posłucham intuicji!
Paznokcie. Bo to temat kontrowersyjny i przy paklitakselu bardzo trudny. Ja postawiłam na rozwiązanie będące zlepkiem mikrodoświadczeń, odrobiny wiedzy przyprawionej nutą ryzyka, że się nie uda. Póki co – się udaje. Mam w zaopatrzeniu Kera-Tex i właśnie idzie w ruch – dla zabezpieczenia. Przy dobrych wiatrach żele zmienię jeszcze dwa razy i to jest jedyny scenariusz, jaki aktualnie biorę pod uwagę.
I tu mała uwaga. Zdaniem mojej stylistki nigdy nie widziała takich silnych moich paznokci. Dieta wysokobiałkowa – dobijam do 2 g białka na kilogram masy ciała z odżywką – robi robotę nie tylko w onkoleczeniu, ale też w osiągach na polach, które do tej pory były moim marzeniem. Człowiek całe życie marzy o swoich, pięknych paznokciach, a potem przychodzi rak, dietetyk, białko trochę w sumie do góry w diecie, chemia i nagle organizm mówi: proszę bardzo, oto płytka paznokcia w wersji premium. Absurd tego uniwersum naprawdę nie przestaje mnie zaskakiwać.
Przy taksanach paznokcie potrafią dostać mocno po głowie. Mogą robić się kruche, bolesne, przebarwione, mogą odchodzić od łożyska, łamać się, pękać, reagować na ucisk, detergenty, urazy, czasem nawet na światło. Dlatego ja traktuję temat nie jak kosmetyczną fanaberię, tylko jak mały projekt ochrony infrastruktury krytycznej. Krótsza długość, żadnego dłubania, żadnego podważania, ostrożność z detergentami i mechanicznym urazem. Obserwacja płytki, skórek, bólu, zaczerwienienia, odklejania, stanu pod żelem. I zero udawania, że jak coś wygląda ładnie z wierzchu, to na pewno wszystko pod spodem też jest spokojne.

Ma zabezpieczać przed urazem, wzmacniać płytkę, dawać mi komfort i poczucie ciągłości, ale nie może przykrywać problemu, jeśli problem się pojawi. Jeśli zacznie boleć, odklejać się, robić stan zapalny albo cokolwiek zacznie pachnieć hasłem „tu się dzieje coś niedobrego”, to nie dyskutujemy z rzeczywistością, tylko zdejmujemy, sprawdzamy i ratujemy paznokieć, a nie manicure.
Bo przy paklitakselu paznokcie to nie tylko paznokcie. To małe końcówki nerwów, skóry, komfortu, codzienności i samodzielności. A ja naprawdę lubię móc otworzyć butelkę, zapiąć kolczyk i pisać bez poczucia, że palce właśnie złożyły wypowiedzenie.
AC mnie rozleniwił
AC mnie rozleniwił. Trzy tygodnie powtarzalności trudnych, ale mijających w podobnym schemacie objawów. Pojawiały się nowe rzeczy, ale czas na ich ogarnięcie był inny. Dłuższy. Było więcej minut na adaptację, konsultacje, strategię i wewnętrzną odprawę pod tytułem: dobra, co tym razem i czym to gasimy.
Pakli wymaga działania tu i teraz. Cały czas.
Torebkę powiększyłam o sporą ilość rzeczy, które mogą się okazać niezbędne na już. Może nie pakuję do niej kołdry chłodzącej, bo jej jeszcze nie mam, ale turban i już czapkę na zimę – tak. Bo głowa marznie mi szybko i mocno, a potem równie szybko się przegrzewa. Szal na szyję – lepiej mieć. Doszła Kera-Tex, termometr jest, maślan sodu jest, L-Tex jest, tabletki na wszystko są, cała dokumentacja w razie „w” jest, łącznie z paszportem portu.
Zastanawiam się nad nowym modelem torby, do której zmieściłby się ciśnieniomierz, ale nie. Z tym jeszcze poczekam. To żart.
Slow motion z Matrixa zmienia się dosłownie w „Adrenalinę” i choć kocham Stathama miłością nieokreśloną za „Meg” [i tak, obejrzę każdy, nawet najgorszy film o rekinach, jaki nakręcą] i nie tylko, to jednak wolę patrzeć, jak biega on, a nie sama tak mentalnie biegać, goniąc jeden objaw za drugim.
Jest ciekawie.
Czasem zabawnie.
A czasem…
Złość, płacz, albo standby
Z tymi hormonami to na pewno coś się dzieje, bo poznaję siebie na nowo w dwóch obliczach, które też mają interwały: złość albo płacz.

Na standby jest względnie “normalnie”. Ale nigdy nie wiesz, czy w danej sytuacji na kole fortuny padnie na jedno, drugie czy trzecie.
Poziom furii osiągam zdecydowanie szybciej niż 1,7 sekundy.
Poziom głębokiego płaczu równie szybko.
Na standby mam czas na oddech i chwilę refleksji: wtf!
I kompletnie nad tym nie panuję.
To znaczy: uczę się ponownie.
Już to przerabiałam. W ogóle mam wrażenie, że zaczynam od nowa na terapii. Otwierają się takie przestrzenie, że zaraz będzie trzeba przodków do trzeciego pokolenia wykopywać, żeby te dziury łatać. A na poważnie – swoje korzenie zostawiam już w spokoju, ale siła uderzenia hormonalnego rollercoastera jest zaskakująca nawet dla mnie, a miało mnie już w życiu niewiele zaskoczyć.
I tu teoria nie jest usprawiedliwieniem, tylko mapą. Leczenie raka piersi może, a mojego to nawet powinno, wpływać na gospodarkę hormonalną, a kiedy estrogeny spadają gwałtownie albo zaczynają skakać, układ nerwowy potrafi zachowywać się jak źle skalibrowany alarm przeciwpożarowy. Reaguje za szybko, za mocno i nie zawsze adekwatnie do dymu w pomieszczeniu. Do tego dochodzi zmęczenie, sterydy, stres leczenia, ciało w ciągłej gotowości i mózg, który próbuje jednocześnie prowadzić normalne życie, ogarniać pracę, wyniki, termometr, wątrobę, paznokcie i pytanie, czy to jeszcze objaw, czy już trzeba dzwonić.

I nawet nie o to dawanie rady chodzi. Chodzi o komfort i bezpieczeństwo w leczeniu – ja je mam i przeważnie wiem, że je mam.
Złość nie zawsze znaczy, że naprawdę chcę komuś odgryźć głowę. Przeważnie nie chcę, ale chwilowo zabrakło mi słów, padła granica na cienkiej linii między jest ok./nie jest ok, albo właśnie dowalił mi staw kopniakiem znikąd i poszły konie po betonie…
Czasem to po prostu układ nerwowy, który dostał hormonalnym obuchem i próbuje odzyskać równowagę, rzucając czym popadnie.
Nowy rok, nowa – stara ja?
Dobrze, że 1 września jedni kierują kroki do szkoły, a ja do mojej terapeutki. Będziemy szyć koła ratunkowe jeszcze raz. Tak, żeby wzmocnić praktykę i zrobić powtórkę z kilku lat nauki. Może czeka mnie jakiś egzamin o którym nie wiem i warto? Who knows. Na pewno warto ze względu na to, co jest tu i teraz.
Paskuda wróciła dziś nad ranem i już ją uprzedziłam, co się dzieje. Każdy mój huk będzie o mnie, nie o niej.
Środowisku naturalnemu – jakby naturalnie – dostaje się w pierwszej linii strzałów, ale też środowisko naturalne produkuje najwięcej powodów do strzelania. No co zrobisz, jak nic nie zrobisz…
…weźmiesz głęboki oddech, Magda, następnym razem, zanim wystrzelisz… Przynajmniej się postarasz.
Taaak.
A świstak siedzi i zawija.
Chomik na smyczy
A na tu i teraz miałam 2 dni samotności na złapanie chomika w kołowrotku w głowie na smycz. [No przecież kota na smycz łapać nie będę – nie oszalałam jeszcze kompletnie!] Na wyhamowanie tego. Na dziesięć głębokich przeponowych oddechów tyle razy, ile było trzeba. Na ubranie tego tygodnia w jakąś sensowną strategię na kolejne.
Bo paklitaksel nie daje mi luksusu długiej obserwacji. On przychodzi jak trener personalny z gwizdkiem i mówi: reakcja, teraz. Poty, teraz. Zimno, teraz. Stawy, teraz. Wątroba, teraz. Gardło, teraz. Nastrój, teraz. Pij, oddychaj, sprawdzaj, nie podrywaj się z fotela, nie udawaj bohaterki, nie zostawiaj dokumentacji w domu, nie wierz w to, że jak przez godzinę było dobrze, to przez kolejne osiem też będzie.

A ja miałam swoje enough.
Bo serio, serce wykończy mi prędzej burza hormonalna niż czerwony diabeł albo paklitaksel.
Magdalena Lachawczak – Biadalska