Drugi wlew białej damy i drugi nokaut. To się chyba stanie nową, świecką tradycją w moim leczeniu. I nie, skrócony do dwóch godzin czas wlewu całkiem sporej dawki paklitakselu nic tu nie pomógł w zarządzaniu czasem. O 7:00 melduję się na oddziale, przed 17:00 można iść do domu.
Chociaż „iść” to duże nadużycie tego słowa.
Bardziej: można rozpocząć proces przemieszczania ciała w kierunku wyjścia, z zachowaniem godności, telefonu, torby i resztek kontaktu z rzeczywistością.
A zapowiadało się tak pięknie…
Wróciła moja lekarka.
Bosssze, jak to dobrze mieć ją naprzeciwko siebie. Móc porozmawiać o wszystkim, co bieżące, a zrobiło się tego sporo. Dostać decyzje od osoby, która mnie zna, pamięta moje wcześniejsze akcje, moje serce, moje reakcje po czerwonym diable i całą resztę, której ja na pewno nie pamiętam.
Inaczej podajemy deksametazon. Skracamy czas wlewu. Premedykacja też trochę inna. Nie wzięłam z niej hydroksyzyny, bo znam, wiem jak na mnie działa i nie jest mi potrzebna. Śpię jak dziecko bez niej. Ale wjechały dwie magiczne różowe tabletki. Kurde, a już liczyłam na opcję rodem z filmu Matrix – weź czerwoną albo niebieską. No nie. Łykasz dwie w kolorze bezdyskusyjnego różu i nie filozofujesz.
Co robią?
Dowiem się następnym razem, bo tym razem byłam książkową pacjentką w trybie: weź tabletkę i nie pytaj.
Do portu dostałam za to pięknego, nowego motylka w kolorze „bezapelacyjny czarny”. Idealnie komponował się z moją czarną koszulką z dekoltem w stylu fali.
A jak już o fali, to jest o czym opowiadać we wtorek o 5 rano.
Wielka fala zamiast wewnętrznego ognia
Chwilę po podaniu paklitakselu dosłownie się ze mnie leje.
W leczeniu chemioterapią często pojawia się temat objawów menopauzy. Chemioterapia ma między innymi pomagać wykończyć jajniki – jakkolwiek by to nie brzmiało. W moim typie raka, a przypomnę: hormonozależny, z wrażliwością na estrogen i progesteron na poziomie 95%, to ważne.

Tyle że całą AC przeszłam w towarzystwie miesiączki, więc no cóż… kiepsko nam szło killowanie jajników. Twardy z nich zawodnik. Zobaczymy, co pokaże biała dama, ale te poty mogą oznaczać, że coś zaczyna się dziać.
Na czerwonym diable też je miałam, ale właściwie nie zwracałam na nie uwagi. Pojawiały się czasem, trwały krótko i jakoś nie rozwalały mi ani nocy, ani życia. Na białej powoli rosną z mikroobjawu do poziomu: nie możesz już tego ignorować.
Osłona na materac, pościel chłodząca, zmiana nocnych wyborów modowych – to wszystko wjeżdża na już. I zapas Syndetu oraz Xero-Tex, bo będę teraz używać ich na potęgę.

A moja skóra na chemioterapii ma już taki próg obrazy, że czasem wystarczy krzywo na nią spojrzeć, żeby zaczęła negocjować odejście z pracy.
Menopauza na żądanie – jajniki dostają plan zagłady
U kobiet przed naturalną menopauzą główną fabryką estrogenów są jajniki. A jeśli guz był hormonozależny to znaczy, że komórki nowotworowe miały na sobie „czujniki” na estrogen i progesteron. Nie u każdej pacjentki oznacza to dokładnie taki sam plan, ale przy wyższym ryzyku nawrotu lekarze mogą zdecydować o tzw. supresji czynności jajników, czyli farmakologicznym wyciszeniu jajników. Po ludzku: robimy organizmowi wcześniejszą, kontrolowaną menopauzę, żeby obniżyć poziom estrogenów i zmniejszyć ryzyko, że ewentualne komórki, które nie załapały się na główną imprezę pod tytułem operacja, chemia i radioterapia, dostaną hormonalny catering z dostawą do drzwi.
Farmakologicznie najczęściej robi się to lekami z grupy agonistów GnRH/LHRH, czyli takimi nazwami, które brzmią jak hasło do Wi-Fi w poradni: goserelina, leuprorelina albo tryptorelina. To są zastrzyki podawane zwykle co 4 tygodnie albo w dłuższych wersjach co 12 tygodni. One działają trochę paradoksalnie: najpierw pobudzają układ hormonalny, a potem go wyciszają, przez co przysadka mózgowa przestaje poganiać jajniki do produkcji estrogenów. Jajniki nie są wtedy „wycięte”, tylko farmakologicznie uśpione. Czasem uśpione na czas leczenia, czasem dłużej, a czasem organizm ma na ten temat własne zdanie, bo oczywiście w onkologii nawet jajniki potrafią mieć charakter.
Ja zresztą już pisałam, że w mojej głowie temat „wyciąć dół” pojawił się dość szybko, bo przy hormonozależnym raku piersi trudno nie patrzeć na jajniki jak na małą fabrykę paliwa, która może i jest częścią mojego organizmu, ale aktualnie nie budzi mojego pełnego zaufania. Na razie jednak czekam na pogłębioną genetykę, zaplanowaną na połowę września. Dopiero wtedy będziemy mogli na nowo poustawiać pionki na planszy, na której celem gry może być skalpel. Bo to nie jest decyzja z kategorii „mam przeczucie/wahadełko powiedziało, to tnijmy”. To jest decyzja, która musi mieć sens onkologiczny, genetyczny, hormonalny i chirurgiczny. Czyli najpierw wyniki, potem plansza, strategia, a dopiero potem ruch.
Do tego wchodzi hormonoterapia: tamoksyfen albo inhibitor aromatazy, ale inhibitor aromatazy u kobiety przed menopauzą ma sens dopiero wtedy, gdy jajniki są naprawdę wyciszone. Bo inaczej to trochę jak zamykanie drzwi wejściowych przy otwartym oknie balkonowym. Niby coś robimy, ale estrogen i tak może próbować wejść inną drogą.
Cel tego wszystkiego nie jest kosmetyczny, wygodny ani przyjemny. Cel jest onkologiczny: zmniejszyć ryzyko nawrotu u pacjentek z rakiem hormonozależnym, szczególnie tam, gdzie ryzyko, że to nie koniec przedstawienia, jest wyższe. Czyli u mnie to nie jest fanaberia pod tytułem „zobaczmy, jak Magda zniesie potop”. To jest próba odcięcia nowotworowi jednego z jego ulubionych źródeł zasilania.
I teraz, kiedy po białej damie zaczynam budzić się mokra jak po orzeźwiającej kąpieli w Bałtyku (uczucie zimna jest dosłownie to samo, co na polskim nietropikalnym wybrzeżu w środku lata), to nie wiem jeszcze, czy moje jajniki rzeczywiście zaczynają składać wypowiedzenie, czy organizm po prostu odpala kolejną atrakcję z katalogu „chemioterapia premium”, reagując na wszystko co mi podają, poza chemią.
Błądząc na drodze do Tummo
Ja lubię wiedzieć do końca – więc trochę o samym mechanizmie wielkiej fali. Uderzenia gorąca (których jeszcze nie mam albo nie zauważam) i nocne atrakcje pod tytułem „zalewa mnie” to efekt rozregulowania termostatu w mózgu. Kiedy estrogeny spadają albo zaczynają falować, ośrodek termoregulacji robi się dużo bardziej nerwowy. Ciało dostaje sygnał: za gorąco! Naczynia się rozszerzają, serce może przyspieszyć, skóra robi się ciepła, a gruczoły potowe odpalają tryb awaryjnego chłodzenia. Tyle że ja nie jestem przegrzana ani fizycznie, ani duchowo. Ja po prostu budzę się jak po prywatnej burzy tropikalnej.
Oglądałam parę dni temu bardzo sensowny podcast, w którym była mowa o Tummo – praktyce rozpalania wewnętrznego ognia, wywodzącej się z tradycji Tantry Najwyższej Jogi. Zdecydowanie – przynajmniej w świecie „świadomym” – nie jestem na drodze do niej.
Ogień to może miałam, ale raczej ten zewnętrzny, póki podawali mi AC do żyły. Odkąd mam port, przeszłam raczej do wzbudzania wewnętrznej fali, która w nocy po wczorajszym wlewie zmienia się w biblijny potop. Nawet moja rzeczywistość mi to oddaje – tylko tym razem – po swojemu. Więc wczoraj, zamiast apokaliptycznej fali, przyszedł grad… No cóż, nigdy nie mówiłam, że jestem mistrzem komunikacji z Wszechświatem. Popracuję nad tym.
I to w zasadzie tyle z inspiracji buddyzmem tybetańskim. Nie odnalazłam w nim nic o tym, aby ten potop był drogą do jakichś wyższych poziomów świadomości, więc ja je dopiszę: uświadamiasz sobie, że istnieje coś takiego jak poduszka chłodząca. Kołdra chłodząca. Osłona na materac.

Deksametazon z sensownym planem
A przy okazji wyjaśniła się do końca sprawa przed i powlewowego deksametazonu. Z odpowiednią już ilością podaną przed wlewem, spokojnie można go kontynuować jeden dzień po wlewie i żadnych imadeł nie powinno już być. Mogą się jeszcze pojawiać zmiany rytmu pracy serca, ale ja je mam na stałe w moim biorobocie i nigdy nie spędzały mi snu z powiek. W sensie: monitoruję, zgłaszam, nie ignoruję, ale też nie uznaję, że każdy rytmiczny kaprys serca jest dla mnie nowym sezonem „Ostrego dyżuru”.
Na dziś wygląda więc tak: drugi wlew, drugi nokaut, krótsza kroplówka, dłuższy dzień, czarny motylek, różowe tabletki, powrót mojej lekarki, potop w nocy i wstaję na nogach z waty o wpół do piątej rano. Uzupełniam płyny licząc, że moje nogi wrócą do właściwej struktury do 8:00.
Poniedziałek: wlew.
Wtorek: akcja reanimacja biorobota i ocena strat.
Środa: zobaczymy, kto kogo.
Magdalena Lachawczak – Biadalska