Taaadam. Wyartykułowałam.
Wiedziałam, że taki dzień przyjdzie i przyszedł. Tylko raczej według mojego kosmicznego kalendarza przyszedł wcześniej, a miał przyjść później. W czwartek włączyłam wszystkie hamulce, jakich jestem świadoma, a pewnie też kilka tych, których świadoma nie jestem i wyartykułowałam. Najpierw cicho, tak tylko do siebie, a potem już całkiem głośno:
potrzebuję jednego dnia L4.
I jasne, że bym dociągnęła ten piątek, bo przecież wszystko jest w mojej głowie.
Ale po co?
Żeby znów za rogiem paść?

Budowanie strategii na pakli, w której na razie nie ma nic powtarzalnego, zaczęłam więc od tego, by mieć w głowie, że przede mną jeszcze 10 tygodni i ja naprawdę potrzebuję zasobów energii. Nie tej mentalnej, duchowej, kosmicznej czy motywacyjnej, tylko czystej energii fizycznej. Takiej, która pozwala ciału wstać, przejść, umyć się, zjeść, oddychać, nie wywrócić się przy kawie i nie robić z każdego dnia sportu ekstremalnego.
Dwa tygodnie huśtania „padnij – powstań” zmęczyły i moje ciało, i mojego ducha, i nawet mój wewnętrzny system motywacji.
A więc Statham poszedł do kąta.
„Adrenalina” do drugiego.
A do trzeciego zapakowałam wszystkie „dobre rady” i „złote myśli” w postaci betonowych kół ratunkowych, rozpoczynające się lub zawierające w sobie słowo „wszystko”. Bo pozostałe wymagają jeszcze skatalogowania.
A więc:
Wszystko będzie dobrze.
Na wszystko znajdziesz siłę.
Wszystko się ułoży.
Wszystko dzieje się z jakiejś przyczyny.
Wszystko jest możliwe.
Wszystko przyjdzie w swoim czasie.
Wszystko jest w twojej głowie.
Ble, ble, ble. Marsz do kąta!
Ale wait…
Wszystko jest w mojej głowie?
Kiedy włączyłam hamulce i moją mocno ciężką w piątek głowę położyłam w końcu na poduszce, by bezcelowo patrzeć w dal, ale najdalej w sufit, olśniło mnie.
O panie… gdyby te wszystkie niemądre usta wiedziały, że nieświadomie niosą jednak prawdę objawioną.
Wszystko jest w mojej głowie!
No przecież.
A skąd mdłości i zawroty głowy przy AC? Skąd fala uderzeniowa o sile tsunami? Skąd decyzja, żeby poprosić o L4? Mój mózg lokalizacji raczej nie zmienił od rozpoczęcia chemioterapii, a więc faktycznie. Wy wszyscy – wybaczam Wam, bo choć nie wiecie, co mówicie – macie rację.

Mój CUD – Centralny Układ Dowodzenia
Wszystko, co dzieje się teraz, czy na slow motion, czy na adrenalinie, czy kiedy wstaję, czy kiedy padam, ma swój początek w centralnym układzie dowodzenia biorobota, czyli w mózgu. A więc w głowie.
Mdłości? Mają swój początek w układzie nerwowym, o czym przecież już było. Bo chemioterapia i leki mogą uruchamiać sygnały z przewodu pokarmowego, krwi i mózgu do ośrodka wymiotnego. To nie jest „wymyślanie sobie”. To jest biologia, która ma własny system alarmowy i czasem wciska czerwony przycisk, nawet jeśli ja naprawdę miałam inne plany na popołudnie.
Zawroty głowy i mroczki? Też nie pojawiają się dlatego, że postanowiłam być dramatyczna choć nie powiem, czasem lubię. Mogą mieć związek z ciśnieniem, nawodnieniem, anemią, elektrolitami, lekami, sterydami, napięciem, sercem, układem nerwowym i całą tą orkiestrą, która gra na raz, często bez dyrygenta i po trzech próbach generalnych nadal idzie jej kiepsko.
Fala gorąca, poty, dreszcze, zimno na i w głowie? Termostat ciała też siedzi w mózgu.
Ból stawów, napięcie karku, imadło z tyłu głowy? Ból też jest przetwarzany w układzie nerwowym. Receptory, nerwy, rdzeń, mózg – cały zespół od „auć” pracuje pełną parą.
Zmiany nastroju? No halo. Jeśli mózg jest centrum dowodzenia, a leczenie jednocześnie miesza w hormonach i przewidywalności następnego kroku, to trudno oczekiwać, że system będzie pracował jak nowy laptop po aktualizacji. Bardziej jak stary komputer z otwartymi 47 kartami w trzech przeglądarkach, jedną prezentacją, pięcioma komunikatorami i wentylatorem, który zaraz odleci. Czyli jak wszystkie moje lapki, którymi władam.
Więc tak. Wszystko jest w mojej głowie. Tylko że to zdanie w wersji medycznej nie znaczy: „weź się ogarnij” ani “musisz mocno chcieć” tylko:
mózg jest centralą, która właśnie próbuje przeprowadzić organizm przez leczenie cytostatykami i jeszcze przez Excel, autobus, kota, dziecko, termometr, port i pytanie, czy dziś mogę pracować, czy już jednak powinnam leżeć, więc przyszło do mnie takie oto wspierające i wcale nieagresywne wewnętrzne przesłanie:
„weź zawzięta kobieto ogranicz na chwilę liczbę bodźców”.
Trudno było z nim negocjować, więc tak też zrobiłam.
Widzieć jasno, kiedy jest czas do okulisty
Słyszę jak widać znakomicie póki co, nawet podszepty wewnętrznego dialogu. Do kompletu przydaje się też faktycznie widzieć.
I tak się składa, że w mózgu ma też swój system zarządzania wzrok, który – jak już wspominałam – przebadałam, bo oczy dawały mi nieźle popalić. Na ten stan składały się co najmniej dwa czynniki, a jak się okazało na wizycie, nawet trzy.
Problemy ze smarowaniem, bo tłuczemy wszystkie nowopowstające komórki, w tym te od łez.
Wypadające rzęsy.
Komputer.
Trafiłam w bardzo dobre ręce pani doktor, która była do rozmowy z dociekliwą onkopacjentką przygotowana aż za dobrze. Badania, rozmowa i mamy informację zwrotną: widzę nadspodziewanie dobrze, nie tylko w obliczu okoliczności, ale całego mojego stylu życia. Zero ubytku na tym polu. 25 lat czekam na okulary i jeszcze sobie poczekam.
Warto tu dodać, że taxany, czyli biała dama z paklitakselem na czele, mogą dawać działania niepożądane w obrębie oczu. Najczęściej mówi się o suchości, łzawieniu, podrażnieniu, zapaleniu spojówek, bólu oka, zamazanym widzeniu. Rzadziej zdarzają się poważniejsze rzeczy, ale właśnie dlatego chciałam to sprawdzić.

Doczytałam, że w jednym z badań retrospektywnych nad paklitakselem i nab-paklitakselem objawy oczne stwierdzono u około 10% pacjentów i najczęściej były to łagodne objawy, takie jak zapalenie spojówek, pogorszenie ostrości widzenia, zamazane widzenie, ból oka, łzawienie czy męty.
No to u mnie: zero.
Nie potrzebuję nadal nawet szkieł ochronnych do komputera. Super. Stan całej reszty – jak na to, co aktualnie przechodzi mój organizm – bardzo dobry. Zero zapaleń, zero zmian w obszarze oczu, rogówki, dna oka. Zmieniamy tylko krople na takie, które będą sprawować się lepiej. Nie podam nazwy handlowej, bo mi chyba nie wolno, ale dla zainteresowanych: szukajcie takich z systemem pompki. Dzięki temu nie muszą mieć konserwantów i są bardzo bezpieczne dla wielu osób, zwłaszcza przy częstym stosowaniu. Plus z ich używania? Nie ma tego dziwnego, sekundowego pieczenia po aplikacji.
Sprawują się super.
Jeden dzień wolnego to też strategia
I z taką informacją można powitać poniedziałek w tygodniu numer trzy. Widząc już jasno i przejrzyście lepszą perspektywę. Nawet trzecim okiem, jeśli akurat jest pod ręką i nie wymaga kalibracji.

Magdalena Lachawczak – Biadalska