Port założony i się goi, 3 wlew przyjęty zgodnie z harmonogramem i już mi w sumie one tak się wryły w kalendarz i nową normalność, że teraz słowo nuda mogłoby spokojnie wjechać. I trochę w sumie boksowałam się sama ze sobą, czy siadając do zebrania tego tatara w głowie w jakąś formę ustrukturyzowanego słowotoku, bliżej mi do Totalnej Magii czy do tytułowej Diaboliny? Jaki jest wynik tej rundy, każdy chyba widzi.

Onko na gigancie

Totalna Magia musi poczekać na swoją kolej, albo nigdy się jej nie doczeka, bo to film z siostrami w roli głównej. A ja siostrę posiadam, a i owszem. I ona jest magiczna! A ja jakiś czas temu nawet odkryłam, jak bardzo i wolałabym jednak, aby jej magiczność pozostała moją osobistą wiedzą tajemną. Wolę nie ryzykować! bo się Harrego Pottera za dużo nie naoglądałam, ale nasłyszałam. Licho nie śpi, a moja siostra to ludź unikatowy, niepowtarzalny i dlatego przeze mnie reglamentowany – dla mnie. 

A więc Diabolina i to co najmniej z dwóch, całkiem sensownych powodów. Pisałam parę razy o najukochańszej na świecie Paskudzie, a moja Paskuda dostała to trzecie, samozwańcze imię właśnie dzięki tej cudnej opowieści. Taką Paskudę mam w swoim życiu i podobnie jak siostry, sama sobie jej zazdroszczę, nawet wtedy, gdy jedno jej zdanie powoduje, że wyskakuję z butów. To nie po mnie ma tak zadziorne połączenie ciętej riposty z sarkazmem. I tej wersji się trzymać będę, dopóki będę się w stanie trzymać czegokolwiek. To powód nr 1.

Nr 2 to kolor czarny. Podobnie jak tytułowa persona przez ¾ życia znałam czarny, ciemnoczarny, jasnoczarny, czarny matowy, z połyskiem, czarny w odcieniu obsydian, z połyskiem rubinowym, bardziej czarny, mniej czarny, sprany czarny i na tym poprzestanę, ale uwierzcie mi – to nie koniec tej palety. Kocham bezterminowo i sporo tych odcieni nadal mam w szafie.

No i przepraszam – powody są jednak co najmniej 3. Trzeci z nich to zamiłowanie do „się dzieje”. Moje przybiera jednak formę proszenia o zgodę w formie zwerbalizowanego „TAK” lub chociaż braku bezdyskusyjnego „NIE”. A że takiego nie usłyszałam, meldując się na implantację portu, to dzień po jego założeniu ruszyliśmy na 3-dniowy wypad nad morze. Idealne trzy dni po tym, jak przeczekałam nadir, by wbić się między port, a trzeci wlew i na chwilę chociaż popatrzeć na inne horyzonty.  Z zapakowanym wszystkim, co potrzebne /prawdopodobnie potrzebne/ lepiej mieć, z odpowiednim ubiorem, zapasem FOTO-TEX i L-TEX, zajętym tylnym siedzeniem z wielką poduszką, stabilizującą szyję i głowę, nie było tak źle tam dojechać. A na miejscu to już magia. Taka, która cofnęła mnie parę lat wstecz. Szum morza to jest zdecydowanie moja muzyka, woda to mój żywioł (nie konsumowany tym razem), a okoliczności aż się prosiły, żeby się zatrzymać, poćwiczyć patrzenie w dal i parę rzeczy w głowie poukładać one more time. A że poprzedni wpis wyszedł mi trochę o Ani i parę razy już pisałam o tym, kiedy pojawiła się w moim życiu, to wyszło mi, że bardzo ważne dla ciągłości zdarzeń w mojej przyszłej niepamięci jest to, jak do tego doszło…

…a było to tak

Jeszcze w czasie, kiedy bliżej mi było do copywritingu i tej części SEO, a do dzisiejszego etapu życia i miejsca nie było mi blisko w żadnym możliwym układzie – ani słonecznym, ani okresowym, zgłosiła się do mnie Marta, z prośbą o popracowanie trochę nad sklepem internetowym, a właściwie nad słowem pisanym.

Do dziś nie wiem dokładnie jak to się stało, że miała mój numer. Podobno z polecenia kogoś, kogo na pewno nie znam. I tak rozpoczęła się znajomość numer jeden, która w moim życiu sporo zmieniła.

Kto Modern Gypsy prywatnie zna, ten wie, że jest stuprocentową reprezentantką energii żeńskiej. Naturalna brunetka o intensywnie hipnotyzujących, niebieskich oczach z chochlikowym błyskiem. Ma swój wewnętrzny świat, swoje mapy, swoje niewypowiedziane myśli i swoje drogi. Szanuję to. Jest Wodnikiem, jak ja. Zmienna, magnetyzująca, czasem w pracy irytująca, a prywatnie balsam dla mojego serca. Podlega prawom zmiany, których ja nie ogarniam. W końcu to „wiedźma” z wiedzą o malarstwie, którą mogłam się ostatnio rozkoszować, dzięki czemu chyba awansowałam z poziomu „analfabeta malarstwa, znający tylko Beksińskiego” na kogoś, kto Malczewskiego na pewno już rozpozna.

Marta dodaje energii, kiedy chce. Dostarcza mi też najlepsze olejki eteryczne i kadzidła. A także wiedzę nie z książek, tylko z takiej mądrości, którą niektórzy ludzie po prostu w sobie mają, bo poszli po nią w życiu i czasem się nią dzielą.

I weź tu nie wierz w magię, kiedy któregoś dnia, będąc u Marty, wpada do niej Ania i dzieją się cuda. Także te z odroczoną gratyfikacją. Nie tylko te tu i teraz.

Vonnegut pewnie tylko wzruszyłby ramionami

I weź też nie wierz Vonnegutowi, który przecież pisał, a ja czytałam, że karass czeka na każdego. Że choćbym błądziła najciemniejszą doliną, to kogo mam spotkać, to spotkam.

Karass u Vonneguta, kto nie miał przyjemności, to grupa ludzi połączonych w sposób, którego czasem nie da się logicznie wyjaśnić. Nie rodzina z aktu urodzenia. Nie zespół z tabelki w Excelu. Nie znajomi ze szkolnej ławy czy jednej branży. Raczej ludzie, których ścieżki plączą się ze sobą w sposób kosmicznie podejrzany, a potem okazuje się, że każde z tych spotkań miało swoje „po coś”. Vonnegut pisał o tym w „Kociej kołysce”, a ja najwyraźniej przeczytałam to kiedyś w odpowiednim momencie, bo potem życie zaczęło mi to pokazywać na żywo. Przyszłam przecież poprawić trochę na stronie, jak już nie raz -najpierw w Modern Gypsy, potem w ONKO.life (i w sumie dobrze, bo cała druga strona była noindex), a kto wie, ten wie, co to oznacza.

A dziś naprawdę nie wiem, gdzie byłabym z tym całym wcielaniem longevity w życie i jak znosiłabym leczenie, jeśli ono w ogóle by się działo lub już by się działo, gdyby nie ta dziwnego pochodzenia, pierwsza rozmowa przez telefon.

Magia?

Może.

A może właśnie karass.

Cokolwiek by to nie było, sprawiło, że zespoliłam się już trochę z ONKO.life. Zawsze mówiłam i nadal w to wierzę, że są rzeczy, które robi się dla konkretnych celów – głównie finansowych i takie, które robi się z potrzeby serca. ONKO.life zdecydowanie od początku jest w tej drugiej grupie. Właściwie tylko dla Ani powstają jeszcze wpisy spod mojej, człowieczej klawiatury. Dlatego traficie czasem na błąd/brak/literówkę. Bo wierzę, że niosą coś ważnego ludziom, którzy stają na tej drodze oraz ich bliskim. I jestem jej mega wdzięczna za to, że to ona kopnęła mnie w tyłek z pamiętnikiem – aby go publikować.

A tak btw to nawet najlepszy spec od marketingu nie wymyśliłby tego lepiej.

Ale co ja tam wiem. Ja jestem teraz od digitalu.

A ludzie od digitalu to marketing co najwyżej wąchają na billboardach.

Miedź i dym, który pachnie domem

Marta wyposażyła mnie – nie wiem na ile skutecznie, w wiedzę o energii kamieni, dobrych kadzidłach, świecach intencyjnych oraz o tym, czemu warto okadzać dom białą szałwią i Palo Santo.

I tu zatrzymam się na chwilę, bo nie byłabym sobą nie dzieląc się tym, co wiem, a moje racjonalne „ja” lubi wiedzieć, co bierze do ręki, nawet jeśli moja wewnętrzna wiedźma już dawno siedzi w kącie i mówi: no przecież czuć, że działa.

Okadzanie domu dymem z ziół nie jest nowym pomysłem z Instagrama. To jest jedna z tych praktyk, które przewijają się przez różne kultury od bardzo dawna. W naszych słowiańskich korzeniach bliżej byłoby pewnie bylicy, jałowcowi, piołunowi, dziurawcowi, ziołom święconym, dymowi, który miał oczyszczać przestrzeń, odpędzać to, co niepotrzebne, i zaznaczać przejście między jednym stanem a drugim. Szałwia, szczególnie ta biała, jest bardziej kojarzona z praktykami rdzennych kultur Ameryki, a Palo Santo pochodzi z zupełnie innej części świata, więc nie będę udawać, że to prastara słowiańska babka z Podlasia chodziła po chacie z drewnem z Ameryki Południowej.

Ale sam rytuał – uwielbiam – jak każdy, który wymaga oderwania się od codzienności i chwili skupienia na sobie i swoim otoczeniu.

I może właśnie dlatego tak naturalnie wzięłam od Marty tę warstwę myślenia, że

Do wyjazdu nad morze nie rozstawałam się też z miedzianym wisiorem od Marty (gdzieś mi się w drodze zgubił). Mam nadzieję, że drugi szybko dotrze, bo za nim tęsknię w sposób niewytłumaczalny i bardzo organiczny.

Miedź też ma zresztą swoją historię. Z jednej strony jest pierwiastkiem śladowym potrzebnym organizmowi. Bierze udział m.in. w pracy enzymów, metabolizmie żelaza, ochronie antyoksydacyjnej i funkcjonowaniu układu nerwowego. Z drugiej strony miedź ma realne właściwości przeciwdrobnoustrojowe. To nie jest magia z Etsy. Powierzchnie miedziane i stopy miedzi są badane właśnie dlatego, że potrafią ograniczać przeżywanie części drobnoustrojów.

Ale jak wszystko, co dobre, miedź też ma swoje granice. Noszenie wisiora to jedno. Picie wszystkiego z miedzianego kubka, łączenie tego z kwaśnymi napojami albo traktowanie miedzi jak suplementacyjnego zbawienia, to już zupełnie inna historia. Miedź jest zdrowa wtedy, kiedy jest w mądrym miejscu i w mądrej ilości. Czyli jak większość rzeczy w życiu.

Mój wisior był dla mnie trochę amuletem, trochę kotwicą, trochę przypomnieniem o tym, że ciało to nie tylko parametry, a leczenie to nie tylko protokół. A z miedzianego kubka piję przegotowaną wodę – odstaną min. 24 h – raz dziennie.

A co do wisiorka, to naprawdę nie mogę sobie przypomnieć, gdzie mógł przestać być moją integralną częścią.

Chemo-brain – zapominam, co miałam pamiętać

No niestety. Chemo-brain istnieje. I ma swoje konkretne objawy. Wiesz, że masz coś zapamiętać, obracasz się, żeby to zapisać i… już nie pamiętasz co. Brakuje słów. Brakuje koncentracji. Brakuje miejsca na kartce do notowania. Albo zapominasz, gdzie tę kartkę położyłaś. Zaczynasz zdanie i w połowie ono znika, jakby ktoś kliknął „usuń wersję roboczą”. Patrzysz na telefon i nie wiesz, po co go wzięłaś. Wchodzisz do pokoju i czujesz, że przyszłaś tam z misją, ale misja poleciała na Księżyc najbliższym lotem i nie zostawiła adresu zwrotnego.

To nie jest zwykłe „roztrzepanie”, bo zwyczajnie roztrzepana to ja byłam od zawsze.

Chemo-brain, czyli zaburzenia poznawcze związane z leczeniem onkologicznym, może obejmować problemy z pamięcią, koncentracją, doborem słów, wielozadaniowością, szybkością myślenia i takim ogólnym poczuciem, że mózg ma otwarte za dużo zakładek, ale żadna się nie ładuje. I co ważne, to nie zawsze jest wyłącznie „wina chemii”. Do tego worka dorzucają się też stres, zmęczenie, zaburzenia snu, hormony, leki, ból, lęk, niedokrwistość, menopauzalne zamieszanie i cała onkologiczna rzeczywistość, która potrafi zjeść człowiekowi RAM.

U mnie sprawdzają się głosówki do samej siebie. Serio. Jak nie kliknę za wcześnie w chat i nie zapomnę potem odsłuchać.

Głosówka, a potem na jej podstawie notatka albo pozycja w kalendarzu Google z alarmem. A najlepiej jedno i drugie. Bo notatka lub termin bez alarmu to u mnie czasem tylko elegancka forma zapomnienia. Mam napisane, ale nie pamiętam, że mam przeczytać. Mam kartkę, ale nie pamiętam, gdzie. Mam intencję, ale intencja najwyraźniej poszła okadzić dom i nie wróciła.

Na szczęście nie muszę pamiętać, gdzie mam rzeczy pod prysznic i po nim.

I tu wchodzi Ania. Wcale nie cała na biało, ale na pewno z odrobiną białej magii i teczką dowodów, że te receptury działają.

Syndet i rzeczy, które tworzą bezpieczny dom

Ania dała mi do ręki na start Syndet i Xero. Wiadomo – przedszkolakowi w takiej pielęgnacji nie daje się grubej amunicji. I one stały się częścią mojego domu już 2 lata temu, niezależnie od tego, gdzie ten dom aktualnie jest. Mam je wszędzie.

Syndet to dla mnie już nie jest „mydło, tylko droższe”. To jest ten rodzaj produktu, który zaczynasz rozumieć dopiero wtedy, kiedy skóra przestaje wybaczać. Kiedy nagle okazuje się, że zwykłe mycie może być za mocne, za pachnące, za zasadowe, za agresywne. I to potrafi się dziać też bez leczenia onkologicznego. A w leczeniu onkologicznym, przy stresie, przy suchości, przy zaburzonej barierze ochronnej, nie potrzebuje dodatkowego wykładu z chemii gospodarczej. Ona potrzebuje spokoju.

XERO – TEX z kolei zrobił u mnie coś, z czym walczyłam długo. Po tygodniu stosowania.. Ostre, suche łokcie, które były ze mną tak długo, że chyba mogłyby dostać własny adres zameldowania. Od dwóch lat mam gładkie jak pupa niemowlaka. Podobnie kolana i stopy – jak pamiętam. I jasne, mogę to opisać profesjonalnie, jako odbudowę bariery, natłuszczenie, wsparcie skóry suchej i szorstkiej, ale po mojemu brzmi to prościej: coś, z czym walczyłam lata, po prostu zniknęło z mojego codziennego pola widzenia.

Potem dołączył dezodorant, który stał się też częścią kosmetyczki Paskudy, bo jest bezpieczny (!) i skuteczny. Dołączył SPF, którego jedną tubkę Paskuda mi zawinęła, bo pod jej makijaż i marzenie o porcelanowej twarzy pasuje idealnie.

A potem, po diagnozie, już poszło.

Zestaw CICA-TEX, który pielęgnował ranę po operacji, brwi permanentne, zapalenia po wkłuciach i teraz ranę po porcie. COLU-TEX, bez którego jadłabym pewnie połowę mniej, bo śluzówki po chemii potrafią mieć własny dramat, własną scenografię i własny scenariusz. I potrafią być źródłem poważnych jednak stanów zapalnych i bólu – którego mi osobiści pomału wystarczy.

I mój osobisty top of the top: L-TEX

Teoretycznie to emulsja do ust z SPF 30. A w realu?

Ratuje zajady, opryszczki, pękające usta, strupy, Saharę w nosie i podrażnienia płatków nosa i pod nosem  – kiedy mam przewlekły katar oraz rany w uszach – które mi się po chemii pojawiły i z tego co wiem, nie jestem odosobnionym przypadkiem. Ja sięgam też przy jakiś małych uszkodzeniach skóry – bo L-TEX mam teraz zawsze w torebce. Czekam, poważnie, aż mi zaparzy kawę i ciasto upiecze.

Jeszcze nie musiałam przy chemioterapii korzystać z KERA-TEX, choć świadomość że jest, przy paznokciach i leczeniu, ma swoje znaczenie. Z tego co wiem, wjedzie na Białą Damę, bo tam paznokcie potrafią dać popalić. M-TEX też już czeka na radioterapię. I chyba właśnie to jest najbardziej moje w tej całej historii: część rzeczy czeka, zanim będą potrzebne. Nie z lęku. Z przygotowania. Nie wszystko naraz, bo po co, skoro są konkretne problemy, na które odpowiada konkretna formuła.

FOTO-TEX, kostki i lekcja z przebarwień

No cóż. Ciało uczy. Czasem subtelnie, czasem markerem permanentnym.

Przy chemii skóra może być bardziej reaktywna, bardziej wrażliwa na słońce, bardziej skłonna do przebarwień i dziwnych historii, które normalnie może przeszłyby bokiem. A jak jeszcze dołożymy układ krwionośny, leki i fakt, że człowiek nie zawsze od małego wie, żeby posmarować boki stóp, to potem ma się bardzo praktyczną lekcję dermatologiczną na własnych stopach.

Po prostu nie daj się ukąsić – nie no jasne, w końcu cuda po kawie to sypiemy z rękawa!

Ostatnio wyszła mi też alergia na ukąszenia. Mam się nie dać ukąsić. No bosko. Własna córka słucha mnie średnio (i to akurat dobrze), maż to jeszcze nie zaczął, jak już przestał, kot – nawet nie próbuję sprawdzać – a komary i muchy mają mnie niby słuchać, kiedy ładnie proszę? Szczerze liczyłam na to, że krew pomieszana z AC, będzie je odstraszać – no i zdziwienie! Raczej je przyciąga.

A komar najwyraźniej nie czyta zaleceń onkologicznych, nie sprawdza mojej morfologii i nie ma pojęcia, że ja mam teraz inne plany, niż rozlewanie się bąbla na pół nogi albo ręki.

Tu by się jakaś magia, albo chociaż klątwa lokalna przydała, na te latające, wszelkiej maści istoty. Ale póki co cisza, więc na wszystkie kontakty face to skin z komarem i jego krewnymi wchodzi Allefin, a potem Cica Spray. Nie wygląda może cudownie, ale nie swędzi, nie puchnie i nie rozlewa się na pół kończyny. A ja na tym etapie naprawdę nie potrzebuję, żeby jedno ukąszenie komara wyglądało jak nieudany projekt tatuażu.

W leczeniu człowiek uczy się takich rzeczy bardzo szybko. Co działa na usta. Co działa na śluzówki. Co działa na skórę. Co zabrać do torebki. Co mieć przy łóżku. Co trzymać w pracy. Co zostawić w łazience na widoku, żeby chemo-brain nie musiał tego szukać w archiwum pamięci.

Bo czasem najlepsza pielęgnacja to celowany, przemyślany i przetestowany przez pacjentów onkologicznych skład. I dostępność.

Produkt, który stoi tam, gdzie go potrzebujesz i działa, kiedy potrzebujesz.

Nie wiem, czy to magia…

I kiedy składam to wszystko w całość — Martę, Anię, sklepy e-commerce, olejki, kadzidła, miedziany wisior, Syndet, Xero, Colu-Tex, L-Tex, Cica, moje głosówki do samej siebie, chemo-brain, Vonneguta i karass — to naprawdę trudno uznać losowość zdarzeń i to, że to wszystko było przypadkowe.

Może było. Może życie po prostu jest chaosem, a ja dorabiam do niego opowieść, żeby łatwiej się oddychało.

Ale ja lubię opowieści.

Lubię myśleć, że są ludzie, którzy przychodzą do nas nie tylko po coś. Czasem przychodzą, żeby za kilka dni, a czasem za kilka lat, kiedy świat przesunie się o kilka osi, mieć przy sobie kogoś, kto poda Ci rękę, ciepłe słowo, chusteczkę i sprawdzony produkt do mycia; kadzidło, zdanie, żart, wiedzę, czułość albo miedziany wisior.

Marta dała mi język rytuału, energii i intuicji.

Ania dała mi język opieki, skóry i choroby, która nie musi zabierać całego życia.

A ja, gdzieś między digitalem, onkologią i własnym chemo-brainem, próbuję to wszystko zapisać, zanim zapomnę, po co otworzyłam laptopa.

A skoro już doszłam do tego momentu – to tytuł ma jeszcze jeden powód – nr 4. Diabolina ma w sobie słowo „ona”. A moje leczenie to zdecydowanie czas kobiet. Długo od nich stroniłam i miałam bardzo wąskie grono kobiet wokół siebie. A teraz – pomijając bohaterki już wymienione i te z rodzinnego grona, pojawiła się dr Karolina, z czułością i troską w podejściu do mnie taką, że w pierwszym odruchu chciałam uciekać. Potem, z wyjątkowym poziomem wiedzy i delikatności pojawiła się dr Monika, z nią też sprawcza dr Ewa, energetyczna koordynatorka mojego leczenia – Basia i dalej już moje bohaterki codzienności. Lidia – do której jako pierwszej szłam w swojej przestrzeni pracy. Na lekko trzęsących się nogach, z informacją, co się dzieje z moim zdrowiem. A ona podała mi silną dłoń, żelazne nerwy, ogrom zrozumienia, wielkie serducho i robi to niezmiennie do dziś.  Dalej stoją: Ewa, Wiola, Agata, Ela, Natalia, Małgosia, Monika, Agnieszka, Kasia, Zuza, Ola x 2, Patrycja, druga Małgosia, Tatiana i znów Ela, Beata… Której nie wspomniałam, przepraszam – Ty wiesz 🙂 I żadna z nich nie jest wilkiem – raczej Wilczycą, taką, jaką pokochałam, słuchając pierwszy raz ShatyQS.

Żadna z nich nie jest też na mojej orbicie 24 h na dobę. Czasem to jedna rozmowa, czasem jedno zdanie, które wkłada odpowiednie puzzle w odpowiednim momencie. Czasem to wspólna chwila milczenia i samotności. Czasem jedno spojrzenie.  Każda inna, a wszystkie tak bardzo mi dziś potrzebne w pracy, w domu, na spacerze, czy w kolejce do kolejnego gabinetu. Świadomość, że mam nr telefonu, na który mogę zadzwonić, daje ogromny spokój w sercu i bezpieczeństwo w głowie.

Mam tą możliwość, więc z tego miejsca Wszystkim Wam DZIĘKUJĘ!

Magdalena Lachawczak – Biadalska