…oby nie!
Pojechałam we wtorek zakładać port naczyniowy. I niestety nie tym razem.
Nie dlatego, że port nagle przestał być potrzebny. Nadal jest w planie, nawet pilnym, ale są rzeczy ważne i te, które trzeba zaakceptować. A leczenie ma to do siebie, że nawet kiedy człowiek czuje się bardzo dobrze i przychodzi z konkretnym planem, ciało, morfologia i protokół potrafią powiedzieć: nu, nu, nu.
Więc we wtorek słowem dnia został NADIR i nie, nie jest to imię nieznajomego, na którego wpadasz w drodze do szpitala i nagle scenariusz zmienia się w urzekającą komedię romantyczną.
Bo choć brzmi trochę jak imię mrocznego księcia z powieści fantasy to nim nie jest. W praktyce NADIR to najniższy punkt spadku krwinek po chemioterapii. To w nim występuje neutropenia i jest to moment, w którym szpik, po dostaniu po głowie od leczenia, wpada w kryzys – produkcja spada, magazyn pustoszeje, system odpornościowy działa na trybie oszczędzania energii. Mi przypadła w udziale neutopenia ciężka, bo na wypisie mam WHO 3.
I właśnie wtedy robi się najciekawiej. Nie w dobrym sensie.
Co to jest nadir i dlaczego nagle wszyscy patrzą na termometr?
Po chemioterapii spadają różne parametry krwi (choć mi hemoglobina nadal rośnie), ale przy AC największe emocje budzą neutrofile, czyli rodzaj białych krwinek odpowiedzialnych za szybką reakcję na infekcje bakteryjne i grzybicze. To trochę taki ochroniarz na dyskotece. Patrol, który zwykle stoi przy wejściu i mówi: ty wchodzisz, ty nie, ty wyglądasz podejrzanie, proszę natychmiast opuścić organizm.
Problem w tym, że chemioterapia uderza w komórki szybko dzielące się (to się chyba stanie głównym słowem kluczowym tego pamiętnika). I tak, jej głównym celem są komórki nowotworowe, ale szpik kostny też jest miejscem bardzo intensywnej produkcji. On cały czas produkuje krew. Białe krwinki, czerwone krwinki, płytki. Więc kiedy przychodzi chemia, szpik też dostaje mocno po głowie. Bardzo mocno.
Nadir to moment, kiedy to uderzenie najbardziej widać w wynikach.
W wielu schematach chemioterapii najniższy poziom neutrofili pojawia się zwykle około 7-14 dnia po podaniu leków, choć dokładny czas zależy od konkretnego protokołu, dawek, organizmu i tego, czy pacjent dostaje czynniki wzrostu, czyli zastrzyki wspierające odbudowę neutrofili. Przy lekach takich jak doksorubicyna i cyklofosfamid ten najniższy punkt często wypada właśnie mniej więcej w tym oknie, w którym aktualnie jestem.
Czyli mówiąc po ludzku: po chemii człowiek przez kilka dni może czuć się nawet zaskakująco dobrze, a potem przychodzi moment, w którym układ odpornościowy robi się najbardziej podatny na infekcje.
I dlatego od teraz mojego męża na chwilę przy boku zastępuje termometr.
Romantycznie nie jest – praktycznie bardzo.
Nadir nie czeka tylko za rogiem AC
Sprawdziłam, czy nadir dotyczy tylko protokołu AC, czyli doksorubicyny i cyklofosfamidu. I nie. To nie jest ekskluzywny klub czerwonego diabła.
Nadir może pojawiać się po wielu chemioterapiach, szczególnie tych, które mocno działają mielosupresyjnie, czyli hamują pracę szpiku. Dotyczy to różnych schematów stosowanych w różnych nowotworach. W jednych protokołach spadki są głębsze, w innych łagodniejsze. W jednych przychodzą szybciej, w innych później. Czasem dotyczą głównie neutrofili, czasem też płytek albo czerwonych krwinek. Ale zasada jest podobna: jeśli leczenie uderza w szybko dzielące się komórki, szpik może na jakiś czas zwolnić produkcję.
A jeśli zwalnia produkcję białych krwinek, rośnie ryzyko infekcji. I tu zaczyna się cała zabawa, której nikt nie zamawiał.
Gorączka w nadirze to nie „może przejdzie”
Największe ryzyko nadiru polega na tym, że organizm może mieć za mało neutrofili, żeby sensownie odpowiedzieć na infekcję, a właściwie na cokolwiek. Stąd np. plaster po nakłuciu zdjęłam razem ze skórą i masz – rana gotowa. Więc zaraz odkażanie, Cica-Tex Spray, opatrunek jałowy. Bo rana w tej chwili to potencjalne źródło sepsy za kilka godzin. U zdrowego człowieka katar kogoś obok, bakteria, zadrapanie, za mocne szczotkowanie zębów, stan zapalny czy kontakt z czymś „zwyczajnie brudnym” często kończy się małym lokalnym zamieszaniem. Delikwent nawet nie wie, że coś się dzieje. Układ odpornościowy robi swoje, człowiek nawet nie zauważa.
W neutropeni taka sama sytuacja może zrobić się poważna dużo szybciej. Bo cały system obronny jest wyłączony, a właściwie go nie ma.
Dlatego gorączka w czasie nadiru to nie jest „poleżę, zobaczę, może przejdzie”. To jest sygnał alarmowy. Jesteś po chemii i masz 38 stopni? To łapiesz torbę i natychmiast na skróty na SOR! Nie myślisz, nie kombinujesz, broń boże nie zbijasz. Dokumenty z leczenia i wpadasz od razu na miejsce pierwsze w kolejce, nawet jeśli trzeba się z kimś pokłócić czy przyjąć na klatę przymiotniki wszelkiej maści. W wielu zaleceniach gorączka neutropeniczna jest traktowana jako stan nagły i pilny, bo przy niskich neutrofilach infekcja może rozwijać się szybko, a objawy nie zawsze są spektakularne. Czasem temperatura jest pierwszym i najważniejszym komunikatem, że trzeba działać.
Więc tak.

Co godzinę widzimy się w różnych okolicznościach. Będzie zatem przy mnie częściej niż córa, mąż, kot i telefon razem wzięci. I bardzo proszę, żeby nie miał ambicji pokazywania czerwonych wyników. Tytuł tytułem, ale nadir absolutnie nie powinien rozpalać do czerwoności.
Czuję się świetnie, czyli klasyka gatunku
Najdziwniejsze jest to, że ja czuję się świetnie. Naprawdę.
Po tych dwóch dniach zjazdu, po mdłościach i kręceniu w głowie, jest od paru dni całkiem dobrze. I to jest właśnie pułapka, bo człowiek ma ochotę uznać: dobra, skoro czuję się dobrze, to znaczy, że jest dobrze. A w nadirze nie zawsze tak działa ta gra. Ktoś ewidentnie przy tym stole blefuje.

I ja to szanuję. Nie zachwyca mnie to, ale szanuję.
Przy okazji dowiedziałam się, że waga nadal leci i to trochę mnie martwi, więc wracam do żywienia medycznego. Skoro ciało pracuje teraz w trybie „odbuduj, przeżyj, przetwórz, nie złap infekcji, nie rozpadnij się” i to co jem (a jem za trzech) nie wystarczy, to czas ponownie zwołać posiłki. Białko nie zrobi się z dobrych intencji, mięśnie nie odbudują się z afirmacji, a szpik też nie pracuje na powietrzu. Więc wracam do sprawdzonych konkretów.
Na duży plus wyniki wątroby i nerek – świetnie sobie radzą z metabolizowaniem pozostałości po chemii.
Tryb NADIR: zapasy, maseczki i szczoteczka jak dla niemowlaka
Po nieudanej próbie z portem mój osobisty dział logistyczny pojechał uzupełnić zapasy, których oczywiście nie mamy w domowej apteczce.
Maseczki, ale nie jedna symboliczna, wyciągnięta z kieszeni płaszcza sprzed trzech lat. Jeśli mają spełniać swoją funkcję, trzeba je zmieniać często. Do tego płyn antybakteryjny i spray antyseptyczny w ilościach hurtowych, rozsądek przy dotykaniu świata i lekkie ograniczenie wiary w to, że „przecież nic się nie stanie”.
Zwiększam też liczbę spotkań z Colu-Tex, skoro nawet szczotkowanie jest teraz średnio bezpieczne. Szczoteczka? Do wymiany. Najlepiej na taką jak dla niemowlaka. Miękką, delikatną, bez misji zdrapania szkliwa do trzeciego pokolenia. To nie jest czas na agresywne szorowanie, bo „biel może być jeszcze bielsza”. Teraz porządnie znaczy delikatnie.
Kwiatki, noże, kanapa i inne pola minowe
Do listy rzeczy, których nie robię w nadirze, dopisuję: nie grzebię w kwiatkach!
Najlepiej to w ogóle stać od nich z daleka, bo ziemia w doniczkach to nie jest teraz romantyczny kontakt z naturą, tylko potencjalny magazyn bakterii, grzybów i innych małych istot, które normalnie mają swoje życie, a przy neutropenii mogą dostać za dużo przestrzeni.
Noże? Muszą chwilę poczekać przy mojej tendencji do szatkowania szpinaku razem z koniuszkami palców. Gotuję przez najbliższe 72 h beznożowo.
Kanapa też nagle przestaje być tylko kanapą i staje się placem zabaw dla wszelkiej maści ustrojstw. Najlepiej stać. Nie siadać. Nie oddychać. A jak oddychać, to tylko wtedy, gdy przede mną kroczy chmura z rozpylanego wszędzie Aseptu.
Bo jak się położę albo usiądę to może zostanie na mnie jakaś pamiątka.
Albo po mnie zostanie. Bo nie żyję na bezludnej wyspie. W czasie, kiedy chemia wychodzi z organizmu, różnie może być. Nie dlatego, że zamieniłam się w radioaktywną bohaterkę Marvela, tylko dlatego, że przez pewien czas po podaniu leków ich śladowe ilości mogą naturalnie ewakuować się przez skórę, ślinę, z oddechem. To zwykle nie jest powód do paniki, ale jest powód do higieny, większej uważności przy sprzątaniu i nieudawania, że fizjologia po chemii to zwykła fizjologia.
I tu dochodzimy do najtrudniejszego punktu programu.
Kot.
Bo ludzie są duzi, potrafią myć ręce mydłem, mają odpowiednią wagę i im w zasadzie nic nie grozi.
SEO – 4 łapy onkoleczenia
Niestety, kot i ja musimy się trzymać trochę na dystans.
I ja naprawdę nie wiem, jak to ogarnąć, bo SEO odkąd się leczę, jest częściej przy mnie. Koty nie robią wielkich deklaracji, nie piszą wspierających SMS-ów i nie pytają, czy mogą jakoś pomóc. One po prostu przychodzą, kładą się w strategicznym miejscu i mówią całym swoim futrzanym ciałem: pilnuję. Myślę – ale tego nie wiem – że psy mają podobnie.
No i jak tu takiemu powiedzieć: kolego, doceniam, ale mamy chemię, a teraz to jeszcze nadir?
Z jednej strony ja przez chwilę mogę być zagrożeniem dla niego. Nie w sensie, że nie może na mnie patrzeć albo być obok. Przytulanie, obecność, bycie razem — to nie jest problem sam w sobie. Ale po chemii trzeba uważać, szczególnie przez pierwsze dni po wlewie. Jeśli zdarzyłoby się wymiotowanie, kontakt ze śliną czy krwią, to nie jest coś, co kot powinien lizać, wąchać i badać jak inspektor sanitarny bez uprawnień. Chemia ma leczyć mnie, a nie być urozmaiceniem do kociej egzystencji.
Z drugiej strony SEO może być zagrożeniem dla mnie.
Nie dlatego, że nagle stał się jakiś inny. Nadal jest moim kotem, moim futrzanym cieniem. Ale kot to kot. Ma sierść, łapy, kuwetę, ślinę, pazury, czasem własne pomysły na higienę i nie zawsze wraca z podróży po domu czy ogrodzie sterylny jak narzędzia chirurgiczne. W czasie nadiru zadrapanie, polizanie twarzy, kontakt z kuwetą, śliną albo ziemią przyniesioną na łapach może być większym ryzykiem niż zwykle.
Więc nie chodzi o to, żeby wyrzucić zwierzęta z życia w czasie leczenia.

Chodzi raczej o rozsądne zasady na czas największego spadku odporności.
Można się leczyć bezpiecznie dla wszystkich
I tu jest jeszcze jedna rzecz, o której warto powiedzieć, bo przy zwierzakach w domu nie chodzi tylko o to, żeby nie sprzątać kuwety i nie dać się polizać po twarzy. Chodzi też o to, żeby one same były możliwie dobrze zaopiekowane zdrowotnie.
Jeśli pacjent wchodzi w chemię i będzie miał okresy obniżonej odporności, to nagle profilaktyka weterynaryjna przestaje być tylko „kocią sprawą”. Regularne odrobaczanie, zabezpieczenie przeciw pchłom i kleszczom, aktualne szczepienia, kontrola stanu jamy ustnej, skóry, oczu, uszu i wszystkiego, co u zwierzaka potrafi się okresowo zaostrzać, stają się elementem bezpieczeństwa całego domu. Nie dlatego, że zwierzęta są zagrożeniem same w sobie. Dlatego, że chory, zarobaczony albo drapiący się do krwi zwierzak może być większym rezerwuarem problemów niż zdrowy, zadbany kot, który po prostu chce spać przy człowieku.
U mnie sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo SEO ma swoją historię zdrowotną. Ma herpeswirusa, przeszedł koci katar i okresowo ma zaostrzenia stanu oczu. Jedno oko ma od początku wyłączone, bo doszło w nim do rozerwania rogówki, dlatego trzeba o nie dbać, bo lubi być suche. Planowałam ponownie włączyć mu Antiherpes jesienią, ale zaczynam się zastanawiać, czy w tych okolicznościach przyrody nie warto porozmawiać z weterynarzem już teraz.
Nie dlatego, że koci herpeswirus jest dla mnie prostą drogą do katastrofy. Feline herpesvirus-1 jest zasadniczo wirusem kocim, związanym z chorobami górnych dróg oddechowych i oczu u kotów, a nie klasyczną chorobą odzwierzęcą człowieka. Ale jeśli kot ma aktywne zaostrzenie oczu, wydzielinę, stan zapalny, łzawienie, kichanie, gorszą odporność albo potrzebuje wsparcia, to dla mnie w nadirze nie jest to już tylko „jego temat”. To jest nasz wspólny domowy projekt higieniczno-odpornościowy. Bo herpes nie zniknie, a chemia potrwa i ten cykl się powtórzy jeszcze parę razy.
Nie chodzi o panikę. Chodzi o mądre przeczekanie
Cały ten nadir brzmi może groźnie, ale nie piszę tego po to, żeby zrobić z domu oddział zakaźny i chodzić po nim w kombinezonie. Zasadniczo nadal planuję mało w domu przebywać.
Nie o to chodzi.
Chodzi o mądre przeczekanie momentu, w którym organizm ma słabszą ochronę. O termometr. O maseczki tam, gdzie jest sens. O unikanie ludzi z infekcjami. O mycie rąk. O delikatną pielęgnację jamy ustnej. O niegrzebanie w ziemi i nie eksperymentowanie z nożami. O nie drapanie się. O rozsądek przy zwierzętach. O kontakt z oddziałem, jeśli temperatura pójdzie w górę albo pojawią się objawy, które nie pasują do „normalnych” po chemii.
Bo można czuć się dobrze i nadal być w oknie większego ryzyka.
Magdalena Lachawczak – Biadalska