Dzień przed meldunkiem na oddzielne onkologicznym, chcę to napisać prosto, bo o takich rzeczach nie zawsze da się pisać inaczej. Gdyby nie profilaktyka, nie wiem, czy pisałabym dziś ten tekst.

A dokładniej – nie wiem, czy i kiedy byśmy się spotkały. Może za rok, może za dwa, może z większym guzem, z chorobą uogólnioną; z dłuższą listą pytań, na które byłoby już za późno, i z dużo mniejszą szansą na happy end. Tak po prostu.

Bo wbrew temu, co bardzo chciałabym napisać, profilaktyka nie uratowała mnie przed rakiem. Rak i tak jest. Operacja była, chemia, mam nadzieję, będzie, a po niej czekają mnie lata leczenia uzupełniającego. Profilaktyka uratowała mnie przed czymś innym: przed sytuacją, w której w październiku, kiedy zaczęłam coś czuć, nie miałabym gdzie zadzwonić, nie wiedziałabym, od czego zacząć i musiałabym dopiero szukać wejścia do systemu.

I właśnie o tym jest ten tekst. Nie o cudzie. Nie o tym, że badania rozwiązują wszystko. Nie o tym, że kontrola daje stuprocentowe bezpieczeństwo. To jest historia o tym, że czasem profilaktyka nie zatrzymuje choroby, ale daje nam przewagę kilku tygodni albo kilku miesięcy. A w onkologii kilka miesięcy potrafi zmienić bardzo wiele.

Zaczęło się niewinnie, czyli tak, jak często zaczynają się historie, których nikt się nie spodziewa

Na początku 2024 roku trafiłam do poradni onkologicznej. Nie dlatego, że miałam raka. Trafiłam tam dlatego, że podczas okresowej kontroli ginekologicznej wykryto u mnie zmianę, która – jak się wtedy okazało – była łagodna. Taką, której się nie operuje, tylko się ją obserwuje. Taką, o której lekarz mówi mniej więcej: „Nie martwi nas, ale popatrzmy na nią co pół roku”.

Nie pamiętam, żebym wychodziła wtedy z tej pierwszej wizyty z poczuciem dramatu. Pamiętam raczej ulgę. Łagodna – czyli dobrze. Obserwujemy – czyli ktoś mnie prowadzi, ktoś wpisał moje nazwisko w kalendarz i wie, że za kilka miesięcy trzeba będzie sprawdzić, czy wszystko nadal jest spokojne. Był w tym jakiś rodzaj bezpieczeństwa. Nie tego wielkiego, absolutnego, bo takiego bezpieczeństwa w medycynie właściwie nie ma, ale takiego bardzo ludzkiego: wiem, gdzie mam wrócić. Wiem, kto mnie zobaczy. Wiem, że nie jestem z tym sama.

Tak minął rok i kilka miesięcy. Drugie USG nie pokazało zmian, ale dla pewności wykonano biopsję. Wynik był łagodny. Trzecie USG również nie przyniosło niepokoju. Czwarte pokazało nawet, że zmiana maleje. Piszę to z premedytacją, bo wiem, jak może to brzmieć z zewnątrz. Nudno. Powtarzalnie. Bez sensu. Po co jeździć co pół roku, skoro nic się nie dzieje?

Właśnie po to.

Bo profilaktyka bardzo często wygląda nudno. Nie ma w niej dramatycznych zwrotów akcji, nie ma wielkich odkryć, nie ma spektakularnych decyzji. Jest termin, badanie, opis, kolejny termin. I właśnie dlatego tak łatwo ją odpuścić. Bo skoro ostatnio nic nie było, to przecież pewnie znowu nic nie będzie. Skoro zmiana maleje, to może nie trzeba aż tak pilnować. Skoro lekarz mówi „spokojnie”, to może można zniknąć na rok albo dwa.

Tyle że czasem między jednym „spokojnie” a drugim wydarza się coś, czego nie widać od razu.

Kiedy ciało zaczęło mówić inaczej niż dotąd

Październik i listopad 2025 roku były momentem, w którym poczułam, że coś się zmienia.

Nie był to dramatyczny, filmowy moment. Nie było jednej sceny, po której wszystko stało się jasne. Wiedziałam przecież, że mam zmianę, znałam jej miejsce, znałam historię kontroli. Ale tym razem pojawiło się coś, czego wcześniej nie było. Zmiana zaczęła dawać sygnały bólowe. Subtelne, ale wyraźne na tyle, że nie potrafiłam już powiedzieć sobie: „to nic”.

I chyba właśnie to jest w takich sytuacjach najtrudniejsze. Nie chodzi o ból, który powala z nóg. Chodzi o coś, co jest na tyle delikatne, że można to jeszcze zracjonalizować, ale na tyle nowe, że ciało zaczyna zajmować więcej miejsca w głowie. Coś się odzywa. Coś przypomina o sobie inaczej niż wcześniej. Coś każe wrócić do tematu.

Gdybym nie była już w systemie, gdyby moje nazwisko nie widniało w grafiku poradni onkologicznej od półtora roku, gdyby nie istniała ścieżka: „ta pacjentka, łagodna zmiana, obserwujemy”, musiałabym zaczynać od początku. Najpierw lekarz rodzinny albo ginekolog. Potem skierowanie. Potem kolejka. Potem termin. Cztery miesiące byłyby pewnie optymistycznym scenariuszem. Cztery miesiące, podczas których ten guz robił rzeczy, o których wtedy jeszcze nie wiedziałam. Zamiast tego pojechałam na USG kilkanaście dni po telefonie. I usłyszałam zdanie, które każdemu może usunąć grunt spod stóp: guz urósł. Podwoił swoją masę.

Potem wszystko zaczęło układać się w ciąg dat, które pamięta się już inaczej niż zwykłe terminy w kalendarzu. Styczeń 2026 roku – biopsja gruboigłowa. Luty – wynik. Rak inwazyjny. BIRADS 6. G1/2. 2,4 cm.

2 kwietnia odbyła się operacja oszczędzająca. Przed nią obraz wyglądał jeszcze względnie spokojnie: bez angioinwazji, bez zajęcia węzłów chłonnych, bez zajęcia pni nerwowych. Można było mieć nadzieję, że sprawa będzie trudna, ale ograniczona. Że guz zostanie usunięty, a dalsze leczenie będzie już tylko konsekwencją protokołu.

Histopatologia po operacji powiedziała jednak coś zupełnie innego. Jeden z trzech węzłów był zajęty. Angioinwazja aktywna. Pnie nerwowe również zajęte. Decyzja stała się jasna: chemia, i to jak najszybciej. Deadline 8 tygodni od operacji.

A potem pojawił się kolejny zakręt, bo jeszcze na stole operacyjnym wystąpiły zaburzenia pracy serca, które zatrzymały zgodę kardiologiczną na rozpoczęcie leczenia systemowego. I tak znalazłam się w miejscu, w którym człowiek bardzo chce ruszyć dalej, ale ciało, wyniki i medycyna mówią: jeszcze moment, musimy upewnić się, że możesz.

Zegar tyka. Stan na teraz: kacheksja, hipermetabolizm zmian meta, żywienie medyczne, próba reanimacji systemu odpornościowego, czekanie. Czekam na zielone światło do AC+T.

Rok temu mówiłam, że nigdy nie zgodzę się na chemię

Naprawdę tak mówiłam. Z ONKO.life jestem właściwie od samego początku, ale tak mówiłam. Głośno, pewnie, z przekonaniem człowieka, który jeszcze nie wie, co go czeka. Mówiłam: „Nigdy nie zgodzę się na chemię. Spróbuję wszystkiego innego”.

I próbowałam. Idąc zgodnie z protokołami medycznymi, równolegle pojawił się też mebendazol, iwermektyna, CBD, czaga, rotacja metaboliczna i wiele więcej. Rzeczy zbadane i te dopiero badane. Rzeczy znane i te z marginesu. Rzeczy, które mają jakieś przesłanki w literaturze, i rzeczy, które wyglądają na sensowne. Z nich na pewno zostawię sobie 528hz jako świetny i skuteczny środek przeciwbólowy.

Nie chcę tu oceniać żadnej z nich, bo każdy człowiek w chorobie szuka po swojemu. Każdy próbuje odzyskać poczucie sprawczości tam, gdzie nagle bardzo dużo zależy od wyników, opisów, konsyliów i terminów. Rozumiem tę potrzebę aż za dobrze. Mogę jednak powiedzieć jedno, bo to jest moje doświadczenie, a nie cudza historia: żadna z tych metod nie wyhamowała mojego guza.

Mój wskaźnik proliferacji Ki67 jest na poziomie 50%. Dla osoby, która nie żyje na co dzień językiem onkologii, Ki67 to marker proliferacji, czyli informacja o tym, jak szybko dzielą się komórki nowotworu. U mnie nieustannie dzieli się połowa.

To są fakty. Nie emocje. Liczby, które trudno oswoić, ale których nie da się zagadać spokojem, suplementem ani nadzieją, że może jednak będzie inaczej.

Wtedy okazuje się, że nie ma w nim patosu, zmiany frontu ani poczucia porażki. Jest tylko trzeźwy ogląd sytuacji. Jest potrzeba wejścia w terapię, która ma realną siłę działania.

Mój rak nie jest jedną prostą diagnozą

Gdyby dało się o raku mówić jednym zdaniem, być może byłoby łatwiej. Ale najczęściej się nie da. Moja diagnoza, jak wiele przypadków w onkologii, nie jest jedną prostą nazwą, którą można zamknąć w krótkim opisie. To inwazyjny rak przewodowy G2, silnie hormonozależny, HER2 ujemny. Do tego DCIS comedo. Do tego DCIS sitowaty. Trzy rzeczy w jednym, każda z własnym charakterem, każda z własną dynamiką, każda dopisująca coś do tej historii.

I może właśnie dlatego tak bardzo nie lubię uproszczeń. Tego spokojnego: „dobrze, że hormonozależny”, „dobrze, że HER2 ujemny”. Tego oddechu ulgi, kiedy ktoś słyszy G1 albo G2 i od razu próbuje przykryć lęk statystyką. Oczywiście, te informacje mają znaczenie. Ogromne. Ale żadna z nich nie opowiada całej historii. Rak to nie tylko nazwa. To także tempo. Biologia. Mikrośrodowisko. Odpowiedź organizmu. Moment wykrycia. I to, co dzieje się między jednym badaniem a drugim.

Rak młodnieje, choć kultura wciąż udaje, że to problem kogoś starszego

Przez długi czas utarło się przekonanie, że rak jest chorobą ludzi starszych i, niestety, dzieci. Takim czymś, co dotyczy albo wieku bardzo późnego, albo bardzo niesprawiedliwego początku życia. Statystyki przez lata rzeczywiście ten obraz w dużej mierze potwierdzały i w pewnym sensie nadal go potwierdzają. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego za 2021 rok niemal 75 procent wszystkich zarejestrowanych nowotworów złośliwych dotyczyło osób powyżej 60. roku życia, a grupa 60-69 lat stanowiła blisko jedną trzecią nowych zachorowań. Te liczby nie zmieniły się z dnia na dzień. Większość raków nadal dotyczy ludzi starszych. Najwięcej zgonów onkologicznych nadal przypada na siódmą i ósmą dekadę życia.

Ale obok tej dużej, klasycznej grupy pojawiła się druga. Mniejsza, młodsza, długo mniej widoczna, ale coraz trudniejsza do zignorowania. I to ona zmienia obraz medycyny ostatniej dekady.

Badania naukowe pokazują, że liczba zachorowań na raka u młodych osób wzrosła globalnie o prawie 80 procent. Osiemdziesiąt procent. To nie jest niuans statystyczny ani drobne przesunięcie w tabeli. To jest zmiana, która powinna wybrzmieć dużo głośniej, niż wybrzmiewa. Eksperci prognozują dalszy wzrost zachorowań o kolejne 30 procent do 2030 roku.

Dla mnie szczególnie ważne jest jeszcze jedno: dziedziczne mutacje genetyczne odpowiadają za zaledwie 6-12 procent przypadków w grupie poniżej 50. roku życia. To oznacza, że w zdecydowanej większości przypadków przyczyny nowotworów u młodych ludzi trzeba szukać gdzie indziej. Nie tylko w genach babci. Nie tylko w „rodzinnym obciążeniu”. Gdzieś szerzej, głębiej, w środowisku, stylu życia, ekspozycjach, mikrobiomie, odporności, metabolizmie i wszystkim tym, czego medycyna dopiero próbuje się nauczyć. W Wielkiej Brytanii w ciągu ostatnich 30 lat liczba osób w wieku 25-49 lat, u których zdiagnozowano nowotwór, wzrosła bardziej niż w jakiejkolwiek innej grupie wiekowej.

W moim własnym kontekście, czyli w raku piersi, ten trend jest szczególnie niepokojący. U kobiet w wieku 20-49 lat liczba rozpoznań systematycznie rośnie, a po 2016 roku wzrost przyspiesza. Początkowo był niewielki, około 0,24 procent rocznie. Po 2016 roku roczna dynamika sięgnęła prawie 4 procent. Z ułamka procenta do prawie czterech. W trzy lata. W Polsce rak piersi co roku wykrywany jest u około 20 tysięcy kobiet. Z chorobą tą żyje około 140 tysięcy Polek. Mediana wieku zachorowania to 63 lata, ale liczba rozpoznań przed 40. rokiem życia rośnie. A 10 procent wszystkich zachorowań na raka piersi dotyczy kobiet przed 40. rokiem życia. I właśnie w tej grupie nie ma żadnego programu przesiewowego.

Chcę, żeby to wybrzmiało z należytą mocą: co dziesiąta kobieta z rakiem piersi ma mniej niż czterdzieści lat. I dla niej system nie przewiduje rutynowego zaproszenia na badanie. To znaczy, że jeśli nie pójdzie sama, jeśli nie poprosi sama, jeśli nie zacznie się sama martwić, nikt jej nie wezwie. Nie przyjdzie list. Nie pojawi się przypomnienie. Nie zadziała żaden automatyczny mechanizm, który powie: sprawdźmy, czy wszystko jest dobrze.

A rak, niestety, nie czeka na moment, w którym system uzna, że jesteś już w odpowiednim wieku.

Niski stopień złośliwości nie zawsze oznacza spokojną historię

Tu jest pułapka, w którą wpadłam także ja, kiedy słyszałam pierwsze opisy. G1, G2, hormonozależny, HER2 ujemny – to brzmi względnie dobrze. I w statystykach populacyjnych rzeczywiście często oznacza lepszy punkt wyjścia. Tyle że „stopień złośliwości” nie jest tym samym, co „tempo wzrostu”.

Raki G1 są wysokozróżnicowane i zwykle mają lepsze rokowanie. Raki G3 są niskozróżnicowane i częściej zachowują się agresywnie. Raki G2 są pomiędzy. Ale to jest charakterystyka morfologiczna, czyli opis tego, jak komórki wyglądają pod mikroskopem. Tempo wzrostu ocenia się inaczej, między innymi przez Ki67. I właśnie tutaj mój „grzeczny” G1/2 przestał zachowywać się grzecznie. To ważne, bo w rozmowach o raku bardzo często łapiemy się jednego słowa, które ma nas uspokoić. „Hormonozależny”. „Niski stopień”. „HER2 ujemny”. „Mały guz”. Każde z tych określeń ma znaczenie, ale żadne nie zwalnia z patrzenia na całość. A całość potrafi być bardziej skomplikowana niż pierwsze wrażenie.

Nie jestem w tym wyjątkowa. Rak piersi u kobiet około 40. roku życia często ma bardziej agresywny przebieg niż u kobiet starszych. U młodych pacjentek rzadziej występują raki luminalne, a częściej raki HER2-dodatnie i potrójnie ujemne, które rokują gorzej. Młode kobiety mają też częściej bardziej zaawansowane nowotwory, bo nie należą do populacji objętej badaniami przesiewowymi.

Nakładają się więc na siebie dwa zjawiska. Po pierwsze, u młodszych kobiet rak częściej może mieć bardziej agresywne podtypy biologiczne. Po drugie, u młodszych kobiet rak częściej bywa wykrywany później, bo system ich aktywnie nie szuka. Złożenie tych dwóch rzeczy daje dokładnie to, czego nikt nie chce: późno wykryte, szybko rosnące guzy. Dlatego ten sam typ raka u młodej pacjentki potrafi mieć inną dynamikę niż u kobiety 65-letniej, która trafiła na mammografię przesiewową i została wychwycona przez system.

To samo zaczyna być widoczne także u młodych mężczyzn. Rak prostaty czy rak jelita grubego w wieku, w którym „nie miało prawa się to przytrafić”, często okazuje się postacią szybszą, bardziej zaawansowaną i trudniejszą do leczenia. Rośnie zachorowalność na raka jelita grubego wśród młodych pacjentów, a w 65 procentach przypadków rozpoznaje się go w stadium zaawansowanym. To oznacza, że dwie trzecie młodych osób z rakiem jelita dowiaduje się o chorobie wtedy, kiedy ona już mocno się rozpanoszyła.

To są dane, które trudno przyjąć, ale jeszcze trudniej je przemilczeć. Dane Krajowego Rejestru Nowotworów, GUS-u, „Lancet Oncology”, badań z Washington University, raportów Cancer Research UK. Liczby, które warto powiedzieć głośno, bo dopóki rak młodnieje w statystykach, a kultura nadal widzi go jako „problem babci”, dopóty młode ciała będą diagnozowane za późno.

Dlaczego w moim przypadku “polowanie na czarownice” nie ma sensu?

Jest coś, co bardzo trudno wytłumaczyć ludziom, kiedy opowiadam tę historię.

Ta łagodna zmiana, którą obserwowaliśmy od 2024 roku, była nadal komponentą mojego guza w lutym 2026 roku. To znaczy, że gdyby ktoś wyciął ją profilaktycznie w styczniu, kwietniu albo sierpniu 2024 roku, nic by to nie zmieniło. Rak nie powstał z tej zmiany. Rak powstał obok niej. Komórki, które już były złośliwe, dołączyły do tej spokojnej tkanki i to one zaczęły rosnąć, podwoiły masę, dały przerzut do węzła, weszły w naczynia i nerwy.

To nie jest historia o tym, że ktoś zawalił. To nie jest historia o spóźnionej diagnozie. To nie jest historia o lekarzu, który powinien był coś zauważyć wcześniej. W październiku zauważyłam to ja, bo ciało zaczęło “mówić do mnie” inaczej. Swój udział ma w tym również współpraca z Anią. A dlatego, że już byłam w systemie, mogłam zareagować natychmiast.

I myślę, że właśnie w tym miejscu najłatwiej zrozumieć, czym profilaktyka naprawdę jest, a czym nie jest. Ona nie daje gwarancji, że rak nie powstanie. Nie sprawia, że każda zła komórka zostanie wychwycona w idealnym momencie. Nie zamienia życia w przestrzeń całkowicie wolną od ryzyka.

Nowotwór powstaje wtedy, kiedy w organizmie dzieje się coś, czego system odpornościowy przestaje pilnować tak, jak powinien. A to może przytrafić się każdemu. Zawsze. Niezależnie od tego, jak zdrowo jesz, jak intensywnie ćwiczysz, jak dobrze śpisz, jak uważnie dobierasz suplementy i jak bardzo próbujesz robić wszystko „właściwie”. Nie ma diety, kuracji ani stylu życia, który da Ci stuprocentową gwarancję, że to się nie stanie.

Jest natomiast coś, co możesz zrobić.

Możesz być bliżej momentu, w którym trzeba będzie zareagować.

Profilaktyka nie zawsze wyprzedza raka, ale może sprawić, że nie zostaniesz daleko w tyle

Bo to jest cała tajemnica profilaktyki. Ona nie zawsze zapobiega rakowi. Ona nawet nie zawsze wykrywa go jako pierwsza. Czasem pierwsze jest ciało, ból, dziwne napięcie, zmiana, której wcześniej nie było. Ale profilaktyka daje coś innego: drogę, którą już znasz. Daje lekarza, który już Cię prowadzi. Poradnię, do której możesz zadzwonić. Historię badań, do której można wrócić. Terminy, które da się przyspieszyć jednym telefonem, zamiast dopiero szukać, gdzie iść. Daje poczucie, że kiedy ciało zaczyna mówić coś nowego, nie zaczynasz od zera.

Myślę o tym trochę jak o maratonie, w którym rak biegnie z przodu, a Ty próbujesz go dogonić. Profilaktyka nie sprawia, że to Ty biegniesz pierwsza. Nie daje Ci magicznej przewagi nad chorobą. Ale sprawia, że masz właściwe buty na nogach, kiedy trzeba pobiec szybciej. Że nie stoisz boso na starcie, nie szukasz dopiero trasy, nie pytasz, gdzie w ogóle masz biec. Możesz ruszyć szybciej.

Mój rak rośnie szybko. Ki67 na poziomie 50% to nie jest nowotwór, który daje rok na zastanowienie. A jednak udało się podjąć decyzję o operacji, kiedy miał 2,4 cm. Udało się dojść do momentu, w którym decyzja o chemii jest podjęta, nawet jeśli na jej rozpoczęcie muszę jeszcze chwilę poczekać. Wciąż, razem z moim zespołem medycznym, jesteśmy krok za nim, bo on jest szybki. Ale jesteśmy w grze.

Gdybym nie była w systemie, ten październikowy telefon nie byłby telefonem do poradni, która mnie zna. Byłby początkiem zupełnie innej drogi. Wizytą u lekarza rodzinnego. Skierowaniem. Kolejką. Terminem może za trzy lub cztery miesiące. Może luty, może marzec, może maj 2026 roku – wtedy dopiero dotarłabym na USG.

Mój Ki67 startował z 40%. W kilka miesięcy zrobiło się z tego 50%. Nie wiem, ile byłoby w maju. I chyba nie chcę wiedzieć.

Pewnie nadal bym żyła. Pewnie nadal pisałabym ten tekst. Ale pisałabym go z zupełnie innego miejsca.

Co naprawdę chcę, żebyś wyniosła z tej historii?

Jeśli masz zapamiętać z tego tekstu tylko jedno zdanie, niech to będzie: zapisz się na badanie.

Nie dlatego, że badanie daje gwarancję. Nie dlatego, że profilaktyka jest tarczą, przez którą nic się nie przedostanie. Nie dlatego, że jeśli będziesz się kontrolować, to na pewno nic złego się nie wydarzy. To byłoby nieprawdziwe i nieuczciwe.

Zapisz się dlatego, że jeśli coś zacznie się dziać, możesz być bliżej reakcji. Możesz mieć lekarza, do którego wrócisz. Możesz mieć opis poprzedniego badania, z którym da się porównać nowe. Możesz mieć punkt odniesienia. A w onkologii punkt odniesienia bywa bezcenny.

Nie czekaj, aż coś zaboli. Większość raków nie boli na początku. Mój należał do tych nielicznych, które dały sygnał wczesną martwicą tkanek i ten sygnał uratował mi miesiące. Większość nowotworów tego nie zrobi. Będą rosły cicho, bez dramatycznego ostrzeżenia, bez momentu, który łatwo rozpoznać jako granicę między „przed” i „po”.

Nie czekaj, aż skończą się obowiązki i znajdziesz spokojniejszy moment. Ten moment może nie nadejść. Zawsze będzie praca, dom, dzieci, rodzice, terminy, rachunki, zmęczenie, coś pilniejszego. Wizyta zajmuje pół godziny. Operacja, chemia i wszystko, co przychodzi po nich, zajmują lata.

Nie odpuszczaj, bo „to pewnie nic”. Moja zmiana była łagodnym „niczym” przez ponad rok. Potem obok niej zaczęło dziać się coś, co już niczym nie było.

Nie odsuwaj badań dlatego, że jesteś za młoda. Co dziesiąta kobieta z rakiem piersi w Polsce ma mniej niż 40 lat. Liczba zachorowań w grupie 20-49 lat globalnie rośnie najszybciej ze wszystkich grup wiekowych. A populacyjne badania przesiewowe wciąż projektowane są przede wszystkim dla pokolenia Twojej mamy.

Rak młodnieje. Rak rośnie szybciej, niż chcemy go widzieć. Rak nie pyta, czy masz teraz na niego czas.

Idź się przebadać. Po prostu.

Magdalena Lachawczak – Biadalska