Nie żartuję ani z choroby, ani z tego etapu leczenia i jego skutków. Wiem, że dla wielu osób to trudny czas i mam ogromy szacunek do każdej drogi. Po prostu podchodzę do niego po swojemu, bo czuję, że mam wybór. Zanim znalazłam się tu gdzie się znalazłam, miałam sporo czasu na to, by w swojej głowie pewne kwestie poukładać. I to mocno dziś definiuje miejsce, z którego patrzę na tę chorobę.

Miałam też już w życiu okazję być po tej drugiej stronie. Po stronie osoby bliskiej, która patrzy, czeka, sprawdza telefon, boi się wyników. I powiem coś, co może zabrzmieć dziwnie, ale dziś naprawdę tak to czuję: moje miejsce jest teraz dużo lepsze.

Wiem, jak to jest bać się o kogoś. Wiem, jak to jest stać obok i nie mieć wpływu na ciało drugiego człowieka, na jego wyniki, na decyzje lekarzy i na to, co przyniesie kolejny dzień. I kiedy zmieniasz miejsce na planszy, kiedy nagle to Ty jesteś osobą chorą, przez chwilę ten strach dotyczy też Ciebie. Patrzysz na siebie trochę oczami tych, którzy się boją. Sprawdzasz, czy dasz radę. Czy ciało wytrzyma. Czy głowa nie odjedzie. Czy to, co wczoraj było teorią, dziś okaże się do uniesienia.

No wiele w życiu trenowałam, ale leczenia onkologicznego nie. Protokołu AC też nie. Więc ja również budziłam się przez te pierwsze dni i nie wiedziałam, jak będzie. Czy wstanę, czy mnie zetnie. Czy będę mogła zrobić herbatę, czy tylko przewrócić się na drugi bok. Czy ciało zareaguje spokojnie, czy pokaże mi od razu cały katalog atrakcji. Odkrywam to powoli, ale z ciekawością. Bo skoro już jestem na tej planszy, to chcę przynajmniej wiedzieć, jak ona działa. Od zawsze żeby ruszyć, muszę zrozumieć i spróbować.

Poważnie interwały? No to jedziemy!

Pierwsze dwa dni w domu po chemii były dla mnie trochę nowe, ale nie powiem, że całkiem obce. Takie klimaty już znam. Moje ciało od dawna lubi działać w trybie interwałowym, tylko teraz ktoś chyba podkręcił mu ustawienia.

Wstaję i przez chwilę czuję się jak nowonarodzona. Naprawdę. Jest taki moment rano, kiedy myślę: dobra, może to wszystko będzie łagodniejsze, niż zakładałam. Ciało się zbiera, głowa wraca, nogi stoją, świat wygląda w miarę normalnie. Potem siadam i już się tak nie czuję. Nogi trochę jak z waty. Energia trochę jak z telefonu, który niby pokazuje 50%, ale wszyscy wiemy, że zaraz przeskoczy na 12%. Pochodzę, pożyję na +/-50%, zrobię coś, pogadam, ogarnę kawałek normalności, a potem siadam i śpię. Bez większych negocjacji. Po prostu organizm mówi: koniec rundy, teraz reset.

Wczoraj zaczęło się lepiej, a skończyło snem od wczesnego popołudnia do nocy. I choć można by powiedzieć, że plan dnia trochę mi się rozjechał, to ja uznaję, że to była raczej wczorajsza wykładka. Moment kryzysowy w tym cyklu. Na szczęście bliżej 35 niż 38 stopni C, bo 38 stopni w tym protokole to już sytuacja absolutnie alarmowa, telefoniczna i medyczna, a nie „położę się, może przejdzie”.

Normalne życie, tylko w trybie oszczędzania baterii

Obiecałam sobie, że będę próbowała żyć normalnym życiem. Oczywiście w wersji onkologicznej, czyli z kontrolą temperatury, lekami, piciem, odpoczynkiem i świadomością, że ciało ma teraz swój własny regulamin. Ale jednak normalnie, na ile się da.

Więc przyjęliśmy juwenaliowych gości.

Mają gdzie spać, mają co jeść, mają co spalać na koncertach, więc jest dobrze. Ja może nie jestem gospodynią w trybie turbo, raczej w wersji „obecna duchem i czasem ciałem”, ale to też się liczy. Jest dom, są ludzie, jest jakiś przepływ życia, który nie kręci się tylko wokół leków, objawów i pytania, czy to już skutek uboczny, czy jeszcze zwykłe zmęczenie.

I chyba właśnie o to mi chodziło, kiedy mówiłam sobie, że chcę żyć normalnie. Nie o udawanie, że nic się nie dzieje. Nie o robienie wszystkiego tak jak wcześniej, bo to byłoby głupie i ciało szybko by mnie sprowadziło na ziemię. Raczej o to, żeby choroba nie przejęła całego domu, całego języka i całej przestrzeni. Żeby obok leczenia nadal było coś do przygotowania do jedzenia, czyjeś plany koncertowe, śmiech, zamieszanie i zwykłe pytanie: „kto gdzie śpi?”.

Dziś najważniejsze było dla mnie to, jak będzie po wczorajszym kryzysie. Czy obudzę się rozbita, czy organizm dalej będzie leżał w trybie awaryjnym, czy jednak to była jedna fala i można znowu wstać.

Wstałam jak zwykle jak nowonarodzona.

I co najważniejsze, nogi wcale nie były z waty. Więc mogło się zadziać!

A pisałam już, że lubię, jak się dzieje. Jak już stanęłam na tej drodze, to nie po to, żeby na niej bezwładnie stać jak jakaś przypadkowa mimoza. Skoro mam iść przez leczenie, to chcę iść po swojemu. Czasem wolniej, czasem z przerwą, czasem na 20%, ale jednak iść. Nie stać w miejscu i czekać, aż ktoś albo coś mnie przesunie dalej.

Sobota miała prosty plan: włosy

Plan na sobotę był prosty, zaplanowany zanim ruszyła decyzja o chemii i umówiony jeszcze w szpitalu: włosy.

Na moje szczęście, choć niewiele z młodości ogólnie pamiętam, bo pamięć mam tak błyskotliwą, że raczej krótką, a że z pływaniem żegnałam się rzewnymi łzami, to wymazałam je jeszcze skuteczniej, pamiętam jedno: z krótkimi włosami nie było mi aż tak źle.

Łepek, jaki by nie był, jakiś kształt trzyma.

Zresztą z tymi włosami ja mam swoją historię i to ona dziś zaniosła mnie do fryzjera. Uznałam sobie, bo mogę, że moje włosy przez ostatnie pięć lat niosły dużo. Były zapuszczane z konkretną intencją. Towarzyszyły mi w wielu momentach, w wielu zmianach, w wielu decyzjach. Już na początku roku, zanim jeszcze wiedziałam, gdzie dziś będę, mocno je obcięłam i trochę zmieniłam kolor. Widać za mało.

Tak uznałam. I naprawdę na dzisiejsze spotkanie szłam trochę jak na rytuał opisany na wielu stronach „Biegnącej z wilkami”. Nie jak na zwykłe cięcie końcówek.

To nie był przypadkowy salon i nieprzypadkowe ręce

Wylądowałam też w nieprzypadkowym miejscu. Włosy cięła mi osoba, która intencję zapuszczania moich kudłów do pasa znała nie mniej dokładnie niż moja terapeutka. Wiedziała, skąd one się wzięły, po co rosły, co miały nieść i dlaczego nie były dla mnie po prostu włosami. I właśnie dlatego to nie było zwykłe: „obetniemy krócej, bo chemia”. To było spotkanie z kimś, kto rozumie, że czasem na głowie nosi się dużo więcej niż fryzurę. Że włosy mogą być zapisem ostatnich lat, jakimś bardzo osobistym archiwum, które rośnie razem z człowiekiem. I że kiedy przychodzi moment, żeby je oddać, skrócić, zostawić za sobą, to nie robi się tego bez emocji.

Wiem, że ona też mocno to przeżyła. Podobnie jak najpiękniejsza Paskuda w moim życiu. I chyba właśnie to było w tym dniu najważniejsze: że na wszystkie emocje było miejsce. Na wzruszenie, śmiech, napięcie, czułość, lekkie niedowierzanie, że to naprawdę już ten moment, i na tę dziwną ulgę, która przychodzi, kiedy decyzja przestaje być gdzieś w głowie, a zaczyna dziać się naprawdę.

To ważne.

Rodzinne wejście bez pardonu, czyli Ania w swoim najlepszym stylu

U fryzjera wylądowałam bardzo rodzinnie. I jak już pewnie niektórzy wiedzą, niespodziankę zrobiła mi Ania, pakując się z mężem i dwoma psami bez pardonu do salonu.

Jak ja ją za to lubię.

Są ludzie, którzy pytają, czy mogą przyjechać, czy nie przeszkodzą, czy to dobry moment, czy może jednak lepiej następnym razem. A są ludzie, którzy po prostu wchodzą z całym swoim światem, mężem, psami i energią, która mówi: jestem, nie dyskutuj.

I czasem właśnie tego człowiek potrzebuje najbardziej.

Nie wielkich słów. Nie idealnie dobranych zdań. Nie ostrożnego obchodzenia się z tematem, jakby wszystko było ze szkła.

Zrobić miejsce na nowe

Nie chciałam czekać, aż chemia zdecyduje za mnie. Chciałam zrobić pierwszy ruch sama. Po swojemu, w swoim czasie, jeszcze zanim włosy zaczną wypadać garściami i zanim z tej decyzji zrobi się wyłącznie dramatyczna reakcja na leczenie. Widziałam je już.

W tym cięciu było coś bardzo konkretnego i bardzo symbolicznego jednocześnie. Konkretnego, bo krótsze włosy będą praktyczniejsze, jeśli za chwilę zaczną wypadać. Symbolicznego, bo potrzebowałam poczuć, że nadal mogę podejmować decyzje dotyczące swojego ciała. Nawet jeśli część decyzji przejęły wyniki, protokoły, chemia i kalendarz leczenia. To nie był moment „nowa ja” z fanfarami i muzyką w tle. To było raczej kameralne i ciche: dobra, robię miejsce. Na to, co przyjdzie. Na to, co odrośnie. Na ciało, które teraz przejdzie przez trudne leczenie, ale nie zostanie zdefiniowane tylko przez nie.

Miałam zakończyć ten dzień koncertem gongów i mis tybetańskich. Plan był piękny, bardzo mój i pewnie w innych okolicznościach idealny. Ale po ilości wzruszeń i niespodzianek uznałam, że kolejne dudnienie w świeżo postawione na nogi serce jednak nie dziś. Miałam już okazję docenić moc tego dudnienia z Jaśnienie. Ono ma moc. Ma też moc otwierania głowy, poruszania rzeczy, które siedzą głęboko, i otwierania emocji, które czasem bardzo długo udają, że ich nie ma. Więc właśnie dlatego warto szanować to, co robią. Nie wszystko, co dobre, trzeba brać od razu. Czasem najbardziej świadomą decyzją jest odpuścić coś z intencją: dziś już wystarczy.

Magdalena Lachawczak – Biadalska